rageman.pl
Muzyka

Madonna – Like A Virgin

rok wydania: 1984 (reedycja: 2001)

wydawca: Warner

 

Szykujcie się na serię notek o tej pannie z lewej. Zakochałem się w niej na powrót.

Niesamowite, jak ona sobie ten podbój światowego rynku muzyczego obmyśliła. „Like A Virgin” to nie było zwykłe pójście za ciosem, bo takowe insynuuje pewną dozę przypadkowości w całym procesie. A u Madonny nic nie było przypadkowe. Ona wiedziała doskonale, że już na wysokości debiutu świat klęknie u jej stóp.

Wiem, brzmię jak nawiedzony. Ale no powiedzcie – czy dokonania byle głupiutkiej pop-siksy byłyby rozkminianie przez wszelkiej maści socjologów i inne ważne gadające głowy. I to nie dalej niż rok po tym, jak objawiła się światu? Owszem, tak było z The Beatles i tak było z Michaelem Jacksonem. Ale z całym szacunkiem dla mych Idoli – ich fenomen socjologicznym dotyczył głównie skrajnie entuzjastycznego (eufemistycznie rzecz ujmując) odbioru przez fanów. Tym samym tenże ich fenomen można by mierzyć na tej skali co np fenomen Kelly Family. Trąci herezja, ale przypominam, że pomijamy aspekt artystyczny. Z Madonną było inaczej. Madonna dała społeczeństwu coś więcej. Z braku lepszego określenia nazwijmy to rewolucją seksualną. Fakt – powtórną, bo przecież kilka dekad wcześniej zrobił to Elvis. Ale Madonna poszła w temacie jeszcze dalej. No i zrobiła to z kobiecej perspektywy. Girl Power? Zapewne tak, choć pewnie kilka osób się obruszy, wspomni o Patti Smith czy innej Joni Mitchell. Sorry dziewczyny – ale to właśnie Madonna sprawiła, że o tym, czego naprawdę dziewczyny chcą zaczęto rozmawiać na tak szeroką skalę.

I to nawet nie tyle dzięki jednej płycie, co dwóm piosenkom na niej zawartych. „Material Girl” i tytułowej „Like A Virgin”. Tytuł pierwszego stał się wręcz symptomatyczny – tak w kontekście kariery Madonny (która rzekomo miała później z tego powodu żałować rejestracji tego utworu), jak i całego pokolenia kobiet, do których serc droga wiedzie przez portfel zakochanych frajerów. Praktycyzm nowych czasów, który, jeśli tak się głębiej zastanowić, ma swój sens. W końcu pierścień z brylantem, w przeciwieństwie do uczucia, nie wygasa, c’nie? No i „Like A Virgin”. Może sobie Madonna tłumaczyć w nieskończoność, że chodziło o uczucie świeżości, entuzjazmu jaki towarzyszy czynieniu czegoś po raz pierwszy, ale my swoje wiemy. Zwłaszcza po obejrzeniu teledysku, obładowanego symboliką. Oczywiście nie ma co przesadzać, to nie poziom David Lyncha, ale jak na zwykłą prowokację dwudziestoparoletniej panny rzecz była wręcz genialnie obmyślona. W połączeniu z piosenką te kilka minut zrobiło dla światowej dyskusji nt świadomości kobiecej więcej, niż Kazimiera Szczuka poczyni przez całe swoje życie. Inna sprawa, że najbardziej genialną interpretację tego kawałka, choć dość przyziemną, usłyszycie nie od socjologów, a od Quentina Tarantino we „Wściekłych Psach”.

Niestety ten misterny plan podboju świata przez Madonnę za pomocą „LAV”, choć spełniony, to nie został zrealizowany w 100 procentach. Z prozaicznego powodu – dwa powyżej wymienione kawałki przyćmiły swą zajebistością resztę materiału. Nie tylko ze względu na ich aspekt kulturowy, co także muzyczny. Tytułowy to kawał niby prostego, a jednak genialnie skonstruowanego popu, bliższego bardziej Hall & Oates niż debiutanckiej płycie. „Material Girl” zaś dzięki „robocim” wokalom i tanecznej, a jednak nie stricte dancepopowej rytmice trąci New Wave’m reprezentowanym przez Devo czy Talking Heads (swoją drogą – okazało się, że nie jestem paranoikiem i nie tylko ja słyszę w tej piosence „Scenariusz Dla Moich Sąsiadów” Myslovitz – pozdrawiam Cię, Mrozonie!).

A reszta? Teoretycznie jest lepiej, ciekawiej niż na debiucie. Zresztą o czym my mówimy – płytę produkował Nile Rodgers, szef Chic, którego pozostali członkowie też tu grają. I tą jego produkcję słychać każdą kończyną ciała. A jednak problem w tym, że same kompozycje nie zawsze dobijają do poziomu produkcji. Wyróżnić można jeszcze „Dress You Up” (który swoją społeczną rolę też odegrał – to m.in. jemu Amerykanie zawdzięczają naklejkę PMRC na „mniej grzecznych” płytach) – cudny bubblegum pop ewokujący „P.Y.T.” z „Thrillera”. Szacunek wzbudza cover ballady „Love Don’t Here Anymore”, choć bardziej ze względu na brawurową (przypomnijmy – Madonna ma śliczny głos, ale warsztatowo wielkich możliwości nie ma) interpretację wokalną aniżeli cokolwiek wnoszący aranż. „Stay”, „Angel” czy „Shoo-Bee-Do” to słodziuchne piosenki, ale raczej bez szans na jakiś większy repeat. Więc jednak tylko 9/10. Tak, „tylko”.

Z drugiej strony – może tak właśnie miało być? FC Barcolona też czasem odpuszcza, by później uderzyć ze zdwojoną siłą. A to, co się działo na następnej płycie Madonny… Paaaaaaanie….. ale o tym w następnym odcinku.

(reedycja z 2001 to znów taneczne remixy: „Like A Virgin” i „Material Girl”. Werdykt też ten sam co przy remixach z debiutu – spoko, ale nie znając ich absolutnie nic nie tracicie)

 

najlepszy moment: MATERIAL GIRL

ocena: 9/10

Leave a Reply