Madonna – Erotica
wydawca: Maverick
Witam po niezapowiedzianej przerwie. Cóż, prawdziwe, nie-wirtualne życie samo się nie poprowadzi i trzeba mu czasem więcej uwagi poświęcić. Ale już jestem z powrotem i możemy dokończyć temat Madonny.
O „Like A Prayer” pomówimy innym razem, zróbmy przeskok do kolejnego studyjnego dzieła. „Erotica” niby jest logiczną kontynuacją wątków doskonale już znanych z dzieł Madonny (choć bardziej dotyczą one seksualno-skandalizującej otoczki aniżeli samej muzyki), a jednak był to pewien szok, kolejne przekroczenie granic. Dla niektórych – nieprzekraczalnych, przez co nawet sami fani Artystki zaczęli posługiwać się hasłami „przesada” i „koniec kariery”. Co odbiło się na znacznym spadku sprzedaży i wyrazistości wizerunku Madonny na tle krajobrazu pop-kultury. Z jednej strony zdecydowanie nie można powiedzieć, że nie odnalazła się w latach 90tych, ale z drugiej strony – to nie ona była w centrum uwagi, nawet jeśli zawęzić perspektywę tylko do pop-muzyki.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy – perspektywy czasów, w których sex jest właściwie już obowiązkowym, niezbędnym elementem współczesnego Popu (chodzi tu zarówno o image, jak i samą muzykę) – kreacja Madonny na potrzeby „Erotiki” wzbudza jednak pozytywne uczucia, wśród których da się znaleźć nawet szczyptę szacunku. Obwinianie „Erotiki” za dzisiejszą, nabuzowaną hormonami muzykę popularną może i nie jest bezpodstawne, ale jednak krzywdzące. Owszem, cały ten seks na „Erotice” to czystej krwi prowokacja. Ale prowokacja przemyślana, spójna nie tylko z muzyką zawartą na płycie, ale i innymi aspektami działalności Madonny w tym okresie – czyli książką „Sex” i wciąż rozkręcającą się karierą filmową (to, że nie były to dzieła najwyższych lotów to już inna sprawa), a nawet obecność medialna (słynny występ u Lettermana). Dziś chyba tylko u Lady Gagi można tak wyrafinowaną konceptualność dostrzec. No bo chyba nie u Rihanny.
To co nas jednak najbardziej interesuje to fakt, że w samej muzyce zaszły drastyczne zmiany. Praktycznie żaden ze współpracowników Madonny z pierwszych czterech albumów się nie ostał. Mamy za to Shep Pettibone’a, popularnego w latach 80tych remixera i producenta przeboju „Vogue” z soundtracku do „Dick Tracy” (podejmiemy temat już w następnej notce). I to właśnie „Vogue” wyznaczyło kierunek, w jakim podąża materiał z „Erotiki”. Niby taneczny, a jednak jest to taniec jaki trudno uświadczyć na parkietach, zwłaszcza tych dzisiejszych. Prędzej w sypialniach… Albo w pokojach odsłuchowych, bo tylko tam naprawdę docenimy pracę Madonny I Pettibone’a, bogactwo aranżacyjne jakim charakteryzuje się właściwie każdy kawałek z płyty – nawet house’owe „Deeper And Deeper” czy przeróbka evergreena „Fever”. Wspomnieliśmy, że na początku lat 90tych Madonna już nie rządziła tak Popem jak dekadę wcześniej, jednak i ona była beneficjentką zmian jakie zaszły w gatunku. Chodzi przede wszystkim o inkorporowanie soundu, którzy fachowcy nazwali New Jack Swingiem. Najwyraźniej słychać to w „Bye Bye Baby”. Dziś brzmi to jak co drugi kawałek w MTV, dlatego ciężko wyłapać cechy charakterystyczne stylu, ale porównajcie do innego sztandarowego dzieła gatunku, „Dangerous” Michaela Jacksona i zrozumiecie w czym rzecz. Są tu zresztą tracki wyprodukowane przez Andre Bettsa, które idą tym tropem jeszcze dalej. Np. „Secret Garden” to właściwie czysty nu-jazz, a „Did You Do It?” to już czysty hiphop. Biorąc pod uwagę podobieństwo głosu nawijającego tu Marka Goodmana (Madonna w kawałku nie występuje w ogóle) i Q-Tipa, to kojarzy się nawet z A Tribe Called Quest. I mogły by to być najciekawsze momenty „Erotiki”, gdyby nie sama Madonna. Może w „Justify My Love” taka gadanina miała coś intrygującego w sobie, a nawet podniecającego, ale w „Waiting” czy „Where Life Begins” zwyczajnie nuży (warto odnotować, że m.in. w drugim z wymienionych tracków gra sam Doug Wimbish z Living Colour).
Najbardziej zatem porywają ballady – na wskroś popowy, pomimo współczesnej aranżacji wyrosły na tym samym gruncie który dał nam wcześniejsze piosenki Madonny tego typu, a przede wszystkim eteryczny „Rain”. Tytuł adekwatny – rzeczywiście dość odświeżający to numer na tle pozostałych trzynastu, mniej lub bardziej obładowanych seksualną otoczką kompozycji.
Kiedyś odbierałem Erotikowy etap kariery Madonny jako świadectwo zagubienia się, kryzysu, zakończonego dopiero wraz z ukazaniem się „Ray Of Light”. Dziś widać, że choć najlepszy pod względem artystycznym okres skończył się wraz z latami 80tymi, to wciąż trzymała rękę na pulsie i należało się z nią liczyć nie tylko ze względu na wyniki sprzedaży. Zresztą – porównajcie „Eroticę” to „Hard Candy”. Widać różnicę, c’nie?
najlepszy moment: RAIN
ocena: 8/10
