Keyshia Cole – Just Like You
wydawca: Imani
dzis znow o spiewajacej Pani. choc troche mlodszej od Madonny. no i, hmmm, aktualnie troche mniej passe.
czy aby na pewno jednak?… otoz Keyshia reprezentuje nurt spiewajacych czekoladowych kolezanek, ktore wprawdzie wydaja solowe albumy („Just Like You” to jej drugi krazek), ale i tak glownie je pamietamy z ficzuringow u panow raperow. da sie dziewuszkami zapelnic ramowke MTV, robi sie wokol tego mnostwo szumu, a i mile piesci uszy (czasem i oczy), ale nie ma bata zeby traktowsc temat na powaznie.
sztandarowy przyklad Keri Hilson, ale da sie obadac sprawe takze na przykladzie miss Cole. moglbym te plyte przemielic jeszcze z drugie tysiac razy i wciaz nie bede w stanie odpowiedziec, czym sie Keyshia wyroznia. hymnem tego typu wokalistek powinien byc hit whitney houston „I’m every woman”. by nie bylo – dziewczyna spiewa swietnie, wrecz perfekcyjnie. ale przy kazdym lekkim podrywie entuzjazmu wywolanym jej spiewem przypominam sobie, ze na takim jutubie roi sie od podobnych zdolniaszek, nie mowiac juz o wszystkich partycypantkach American Idoli i innych X-Factorow. to co odroznia je od Kelis, Ciary czy Beyonce to nie tylko ilosc sprzedanych albumow. ale takze cos, co starozytni nazywali Osobowoscia. u Cole czy Hilson tej osobowosci starcza na sam refren. juz z zaintrygowaniem na rozciaglosc calego tracka jest problem, a co dopiero na longplejowe 45 minut.
daloby rade przezyc, gdyby na muzyce dalo sie chociaz ucho zawiesic. niestety wytworna poskapila pieniazkow, wiec z wiekszych nazwisk mamy tylko Darkchilda i Scott Storcha. a i ich podklady sprawiaja wrazenie pochodzacych z producenckiej wyprzedazy. chyba tylko Missy Elliot stanela na wysokosci zadania z „Let It Go” (choc kozackosc tego kawalka, jak i remixu umieszczonego na koncu plyty wynika w rownej mierze z goscinnych rapow Missy, Lil’ Kim, T.I. i Young Dro). dosc powiedziec, ze nie tylko najbardziej wpadajacy w ucho, ale i aranzacyjnie najciekawszym kawalkiem jest „Last Night”, importowany z plyty Diddy’ego „Press Play”. kawalek, przez ktory swego czasu sporo bardziej ogarnietych muzycznie sluchaczy unikalo radia i centrow handlowych.
chociaz… jest tu taki jeden kawalek. „Heaven Sent”. niby nic specjalnego, podklad jak mnostwo innych wolniejszych trackow z tej plyty. a jednak jest cos w tej melodii wokalu, co natychmiastowo i kazdorazowo rozmiekcza serce niczym plastelinke trzymana w cieplutkiej dloni. serce roscie przy takich kawalkach. i kaze jednak miec w mniej lub bardziej zyczliwej pamieci panne Cole.
najlepszy moment: HEAVEN SENT
ocena: 7/10
