rageman.pl
Muzyka

Madonna – Madonna

rok wydania: 1983 (reedycja: 2001)

wydawca: Warner

 

Wiadomo, że Królem popowego terytorium był Michael Jackson i jeśli kiedykolwiek bym w to zwątpił to zastrzelcie mnie proszę. Ale jak też wiemy z historii oraz z bajek, każdemu Królowi towarzyszy i Królowa. I tu też nie ma wątpliwości – jest nią Madonna i nawet żenujące dokonania lat ostatnich (miałem okazję będąc w galerii handlowej słyszeć najnowszą „MDNA”, uggggghhhh) czy coraz intensywniejsze pretensje do tronu takich osobistości jak Lady Gaga czy Rihanna tego nie zmienią. A kiedy patrzę wstecz na to, co Madonna dokonała w latach 80tych to dochodzę do wniosku, że jej rządy w pop-krainie były równie silne co Jacko.

O samej postaci Madonny w popkulturowym kontekście mówiliśmy 2 lata temu przy okazji „Ray Of Light”, co możecie sprawdzić w archiwum. Zatem możemy przejść do najważniejszego, czyli Muzyki. Zacznijmy od debiutanckiego self-titled z 1983. Dlaczego nie jest on wymieniany jednym tchem z s/t The Doors, „RATM” czy „Illmatic”, nie rozumięęęęęęę. Co to był za start! Co to było za otwarcie płyty! Słyszysz tą syntezatorowa serpentynkę z początku „Lucky Star” i już wiesz, że tematyka utworu będzie dotyczyła gwiazd. Ale z całym szacunkiem dla odpowiedzialnego za aranż także tego kawałka Reggiego Lucasa, ale najmocniej błyszczącą gwiazdą jest tu sama Madanna, która interpretacją wokalną wymiata tutaj jaksiemasz. Niesamowite, ile słodyczy, beztroski, nawet niewinności słychać tu w jej głosie. Kto by pomyślał, że już na wysokości tej płyty uchodziła za dość wyrachowaną sucz?

Tak, „Lucky Star” to chyba mój ulubiony track z tej płyty, nawet jeśli wolę bardziej esencjonalną, singlową wersję. Ale przecież jeśli chodzi o obsadę podium, to tu w grę wchodzi każdy kawałek! Największym jednak osiągnięciem „Madonny” jest to, że ta płyta stanowi pocisk przede wszystkim jako całość. Warto zwrócić uwagę, że czas trwania zdecydowanej większość z tych 8 kompozycji oscyluje wokół 6 minut. Także tych, których tytuły znamy z mtv czy radia. Oczywiście na potrzeby małych płytek zostały one poskracane – co czasem, jak w przypadku wspomnianej „Lucky Star”, wyszło im na dobre – ale wersje albumowe zazębiają się z sobą niemal idealnie, nie marnując przy tym ani jednej sekundy. Oczywiście o koncepcyjności mowy tu nie ma, ale traktowanie „Madonny” jako „tej płyty, na której jest 'Borderline’ i 'Holiday'” byłoby co najmniej krzywdzące. Popowy monolit? Jestem na tak. Zwłaszcza, że nawet te kawałki, które teoretycznie (bo przecież to kwestia gustu) nie wymiatają AŻ TAK jak dotychczas wymienione, jak „I Know It” czy „Physical Attraction” (chociaż podkreślmy – to wciąż totalnie zajebiste kawałki, dlatego końcowa ocena płyty jest taka a nie inna) i nie mają takiego potencjału chwytliwości-od-pierwszych-sekund odgrywają równie istotną rolę, stanowiąc nieoderwalną część całości. Całości zamkniętej w optymalnej, 40minutowej dawce – kolejny dowód na to, że pojemność winyli była zdecydowanie bardziej zbawienna aniżeli ograniczająca.

Wspomnieliśmy o produkcji Reggiego Lucasa. Pysznej (te wstawki saxofonu i pianina!), krystalicznie perfekcyjnej, a mimo to i tak nieznacznie ustępującej (bo jednak nie tak różnorodnej) niż na „Like A Virgin”. Ale siła debiutu tkwi nie w brzmieniu, a w samych melodiach. Ta płyta to bomba pozytywnej energii o takiej sile rażenia, że gdybym był dyktatorem, to osoby przechodzące obok tych piosenek obojętnie skazywałbym na prace w kamieniołomach jako społecznie szkodliwe. No znów wspomijmy „Lucky Star” czy „Holiday”insynuuje erotyczny podtekst, ale i nie znający angielskiego zostaną powaleni jego bezczelną, świat-jest-mój energią. Swoją drogą polecam cover w wykonaniu… The Stooges, dostępny na youtubie. A skoro mowa o cudzych wykonaniach – nieprzypadkowo szaleńcy z Flaming Lips sięgnęli swego czasu po „Borderline”, chyba najbardziej ambitny jeśli chodzi o konstrukcję melodii. No i jeszcze „Everybody”, od którego wszystko się zaczęło. Może to siła autosugestii, ale rzeczywiście to chyba najbardziej „czarnomuzyczny” fragment całości, który spokojnie można sobie wyobrazić w repertuarze RNB gwiazdek, nawet tych współczesnych. Do bregdenca i tańca na głowie idealny.

Archetyp tanecznego popu. Płyta, która wraz z wydanym rok wcześniej „Thrillerem” usankcjonowała tą odmianę muzyki popularnej nie tylko jako zasługujący na szacunek równy temu, jakim darzony jest rock, ale i może nawet istotniejszy. Bo przecież wszyscy szukamy w Muzyce melodii, prawda? A „Madonna” to ich prawdziwa kopalnia.

(na marginesie: remaster z 2001 roku zawiera dodatkowo wydłużone mixy „Lucky Star” i „Burning Up”, stworzone na potrzeby imprezowe i w takich warunkach, a nie domowych, znacznie lepiej się sprawdzające)

 

najlepszy moment: LUCKY STAR

ocena: 9,5/10

Leave a Reply