rageman.pl
Muzyka

Madonna – I’m Breathless

rok wydania: 1990

wydawca: Sire

 

Nie było mnie, więc w ramach rekompensaty dziś druga notka.

Przenikanie się światów muzyki i filmu jest czymś oczywistym niemal od zarania popkultury i Madonna nie mogła pozostać wyjątkiem w tej kwestii. Trzeba przyznać jednak, że w jej przypadku należy mówić o czymś więcej niż kaprysie znudzonej swą branżą gwiazdeczki. Zatem poza szeregiem piosenek napisanych na potrzeby filmów (np. „Die Another Day” popełnione dla Bonda czy też „Beautiful Stranger” dla jego komediowego alter ego, Austina Powersa) sama też w nich wystąpiła (waham się z użyciem słowa „grała”), a niektóre to nawet wyreżyserowała. I z uporem maniaka kontynuuje proceder (vide „W.E.”, które niedawno miało swą premierę), choć krytycy wciąż mniej lub bardziej delikatnie sugerują jej, by skupiła się na Muzyce. Ciekawostką jest to, że w życiu prywatnym jej związki ze światem filmowym są jeszcze silniejsze, żeby nie powiedzieć – wyłączne. Część z nich nawet znalazła swój finał na ślubnym kobiercu (Sean Penn, Guy Ritchie).

„Dick Tracy” był zatem tylko kolejnym jej filmem w kolekcji. Jednak o tyle wyróżniającym się, że nie tylko odniósł sukces komercyjny, ale i jeśli chodzi o aspekt artystyczny, to krytycy byli tym razem dość życzliwi – tak dla całości dzieła, jak i roli Madonny. Możliwe że nawet bardziej niż dla jej wkładu muzycznego w dzieło Warrena Beatty’ego, jakim jest omawiany tu „I’m Breathless”

Niby soundtrack, ale nie do końca – bo za takowy uchodzi płyta, którą omawialiśmy tutaj. Ciężko jednak mówić też o autorskim albumie biorąc pod uwagę wyjątkowość stylistyczną dzieła, mającą się do reszty dyskografii Madonny jak pięść do nosa. Podobnie jak na linkowanym składaku – całość obraca się w klimacie lat 40tych i 50tych, w których też osadzona została akcja filmu. Czyli big bandy, swing i knajpiany jazz. Trzeba przyznać, że kapitalnie się w tym odnalazł Patrick Leonard jako producent i songwriter (choć kilka kompozycji popełnił główny twórca muzyki do filmu, Stephen Soundheim, w tym laureatkę Oscara za Najlepszą Piosenką „Sooner Or Later”), który na „True Blue” dostarczył diametralnie innego sounda, ale przede wszystkim Madonna jako wokalistka. Kolejny raz wyrzekam się słów o słabości jej wokalistyki – dziewczyna kapitalnie interpretuje te piosenki. Od głupiutkiej blondyneczki („Im Going Bananas”), przez wyzywającego wampa („Hanky Panky”) kończąc na najprawdziwszej vocal jazzowej divie godnej konkurować z największymi nazwiskami gatunku. A posłuchajcie jeszcze przezabawnych zaśpiewów pod koniec „Back In Business” – kto by pomyślał, że Madonna potrafi być zabawna i zdystansowana do siebie? Jeśli ktoś podrasował jej wokale w studiu to zrobił to arcygenialnie.

Stylowa rzecz, jednak problem jest podobny co ze wspomnianym soundtrackiem – doceniam, ale nie jest to dla mnie muzyka do wielokrotnego odsłuchu. Najciekawsze sprawy dzieją się pod sam koniec i niejako przypadkiem – „Now I’m Following You (Part 2)” to nowocześnie brzmiąca miniaturka-medley wszystkich kawałków płyty (w Part 1 w duecie z Madonną śpiewa sam Beatty; inna gwiazda „Dick Tracy”, aktor Mandy Patinkin, śpiewa w „What Can You Lose”). Największym, jeśli nie jedynym powodem, dla którego należy zwrócić uwagę na „I’M Breathless” to umieszczony na końcu płyty singlowy „Vogue”. W kontekście płyty brzmiący zupełnie od czapy, ale i nie był on pisany z myślą o niej. Niesamowite, że coś, co planowano jako b-side do singla „Keep It Together” z „Like A Prayer”, okazał się nie tylko jednym z największych przebojów Madonny, ale i jednym z jej najlepszych numerów (o kapitalnym klipie zrobionym przez Finchera nawet nie wspominam). Parkietowy killer, czerpiący zarówno z dance, house co i jazzu czy nawet rapu (wstawka Madonny z namecheckingiem – 10/10).

Madonna ponoć uważa „I’m Breathless” za jej ulubiony album z własnego repertuaru. Fakt, za mało mówi się o tym albumie w kontekście jej osiągnięć płytowych. Ale też i bez przesady – fajnie się tego słucha, jednak tylko w kontekście ciekawostki. I nawet „Vogue” nie jest w stanie tego zmienić.

 

najlepszy moment: VOGUE

ocena: 7/10

Leave a Reply