Madonna – Bedtime Stories
wydawca: Maverick
Ok, kończymy z Madonną. Przynajmniej do czasu, aż znów nie złapię na nią fazy.
Jak już było powiedziane, projekt o nazwie „Erotica” był Madonnowym extremum. Przekroczeniem granicy, za którym fani niespecjalnie chcieli podążyć. Nie ma co ukrywać – Madonna kocha swoich fanów, jednak jeszcze bardziej kocha ich pieniążki. Dlatego widząc, że saldo na koncie niespecjalnie się zgadza, wystraszyła się i ogłosiła kolejną rewolucję w jej mikroświecie, któremu na imię „złagodzenie wizerunku”. Skrzyknęła najgorętsze produkcyjne nazwiska, by pomogli nagrać jej najłagodniejszą, najbardziej przystępną płytę w dorobku.
I nie ma co się obrażać. Przecież to Pop, a ten musi się podobać masom. Rzecz także w tym, by uczynić jego odbiór wielopłaszczyznowym, zdolnym zaspokoić nie tylko niedzielnych poszukiwaczy piosenek do nucenia, ale i tych rozróżniających poszczególne partie instrumentalne, ich zharmonizowanie, rozplanowanie w strukturze kompozycji itepe itede. A w przypadku takich artystów jak Madonna dochodzą także aspekty nie do końca muzyczne – jak spójność wizerunku, element zaskoczenia, eksperyment. Biorąc te ostatnie pod uwagę trzeba uznać „Bedtime Stories” za kolejny sukces. W końcu nigdy wcześniej Madonna tak stanowczo nie wkroczyła w świat R’N’B, choć można „Erotikę” uznać za pierwsze przymiarki ku temu. Co jednak najważniejsze – naprawdę się w tym świecie odnalazła. Co w kontekście obrzydliwego „Hard Candy”, który także flirtuje z urban soundem (chociaż jednak innego rodzaju), może stanowić zaskoczenie.
Z przedostatnim albumem Maddie „Bedtime Stories” łączy także inna rzecz. Geniusz Madonny w kwestii doboru współpracowników jest tym większy, iż przeważnie wydobywa ich niemal znikąd i na dobrą sprawę to jej udaje się wydobyć z nich to co najlepsze – Leonard, Bray czy Pettibone wielkich karier producenckich nie poczynili. Tymczasem nazwiska producentów „BS”, choć nie masowo znane, już w branży pewną renomę miały w momencie wydania albumu. Z całym szacunkiem dla panów Dallasa Austina, Dave Halla czy Nellee Hoopera, to najbardziej osławiony tu Babyface popełnił najbardziej wyróżniające się tracki. Co ciekawe, Madonna ma chyba podobne zdanie, bo oba – „Take A Bow” i „Forbidden Love” – trafiły jako jedyne z „BS” na „Something To Remember”.
By nie było – reszta piosenek, na czele z singlowymi „Secret” i „Human Nature”, także daje radę. Można było jednak mieć oczekiwania, że wpisując się idealnie w r’n’b ramy, płyta choć trochę spróbuje je poszerzyć. Nic takiego nie ma miejsca. Wszystko płynie ładnie, słodko… aż za słodko. Wiem, trudno oczekiwać od płyty z takim tytułem przyspieszenia tętna, no ale… Jedynie raz się to udaje. Tyle że „Bedtime Story” to w ogóle inna historia. Dość piękna, dodajmy. I odważna. Warto pamiętać, że szeroko pojęty triphop w ’94 roku wciąż był w fazie zdobywania popularności w Anglii, a w Stanach nawet nikt nie miał pojęcia cóż zacz. A mimo to Madonna postanowiła zaufać pewnej młodej obywatelce Islandii i poprosić ją o napisanie dla niej piosenki. Z perspektywy 2012 roku może numer nie brzmi już tak świeżo, jednak 18 lat temu to było naprawdę COŚ. Epilog? Madonna odkryła dla siebie magię elektroniki, w którą totalnie wsiąknie parę lat później na „Ray Of Light”. Zaś ową koleżankę z Islandii niedługo zobaczymy na Open’erze.
Choć „Bedtime Stories” ma brzmienie bliższe memu sercu niż „Erotica”, to trzeba uczciwie przyznać, że tamta płyta była większym wydarzeniem artystycznym. Posłuchać jednak można, nie ma problemu.
najlepszy moment: BEDTIME STORY
ocena: 7,5/10
