Madonna – Something To Remember
wydawca: Maverick
Trudno przejść do wesołej twórczości Madonny po tym, co się stało w piątek. No ale spróbujmy. BTW wiecie jaki zespół supportował ją na jej pierwszej trasie? No, można powiedzieć, że pewną ciągłość notek mamy zachowaną.
Dziś jednak pomówmy o tej spokojniejszej części twórczości autorki „Like A Virgin”. Jak już wspomniane zostało – Madonna dysponuje głosem o cudownej barwie, a jednocześnie ultraplastycznym, jednak pod względem technicznym to wielkich możliwości to ona nie ma (choć wraz z upływem lat było coraz lepiej pod tym względem). Z tego powodu kompilacja jej balladowych utworów na pierwszy rzut ucha nie wydaje się najciekawszą ofertą muzyczną. A jednak naprawdę słucha się „Something To Remember” wybornie. Klucz do sukcesu składanki tkwi w tym samym, na czym opiera się cała kariera Amerykanki, czyli w genialnym doborze współpracowników. Bo choć przy zdecydowanej większości utworów Madonna figuruje jako współautorka, to powszechnie wiadomo, że jej wkład ograniczał się zazwyczaj raczej do napisania tekstu. A te, no cóz, Dylanem nie trącą.
No ale to tak na marginesie. Czternastoutworową całość ułożono w dość przypadkowej kolejności, my jednak pogrupujemy tu utwory na dwa zbiory. Pierwszy z nich to tracki znane z autorskich albumów. Niezależnie od etapu kariery Madonny, spokojniejsze utwory zawsze nalezały do zdecydowanej mniejszości na albumach, dlatego trudno powiedzieć by jakiejś piosenki brakowało. Najstarszy track, pochodzący z „LAV” cover „Love Don’t Live Here Anymore” potraktowano lekkiemu remixowemu uwspółcześnieniu, przez co nie trąci archaizmem. Jednak już „Live to Tell” (z „True Blue”) skonfrontowany z najmłodszym tu „Take A Bow” (o „Bedtime Stories”, z którego został wzięty, pomówimy w następnej notce) wypada dość hmm oldskulowo. Co nie przeszkadza mu być najpiękniejszą balladą w repertuarze Madonny. No ale o tym już pisaliśmy, nie będę się powtarzać. Co jeszcze? „Like A Prayer” ma reprezentację w postaci „Oh Father”, „Erotica” w „Rain”, a nawet „I’m Breathless” – zresztą w osobie piosenki, która dała tytuł całej składance.
A teraz to co tygryski lubią najbardziej. Czyli rarytasy. Najsmakowitszym kąskiem zdecydowanie jest cover Marvin Gaye’owego „I Want You”, popełniony z samym Massive Attack. Rzecz trafiła wcześniej na tribute album dla autora „What’s Going On”, na który nikt uwagi nie zwrócił. A warto było piosenkę zachować dla potomnych, bo to kapitalna rzecz, opatrzona leniwym bitem jaki tylko w Bristolu mógł powstać i najbardziej zmysłowymi wokalami Madonny w całej jej karierze. Odwdzięczać się wypada, jednak dobrze że w tym wypadku do tego nie doszło – podobno pierwotnie to Madonna miała śpiewać w „Teardrop”… Ale gdyby nagrała całą płytę z Angolami jako producentami to w sumie mogło być ciekawie. Aha, na składance mamy jeszcze drugą, orkiestralną, też dość ciekawą wersję „IWY”.
Jedziemy dalej. Dwie kolejne, już całkowicie nowe piosenki popełnione zostały z niejakim Davidem Fosterem. Charakter obu piosenek wyznaczają partię gitarowe – z tym, że w przypadku majestatycznego „You’ll See” jest to hiszpańska gitara, a w „One More Chance” ogniskowy niemal akustyk.
Wspomnieliśmy też wcześniej, że Madonna nawiązała już niemal na początku kariery dość szczęśliwy flirt ze światem filmu, co objawiało się przede wszystkim w piosenkach pisanych na potrzeby rozmaitych soundtracków. Cieszy zatem, że dzięki „Something To Remember” można darować sobie zakup przynajmniej części z nich. „Crazy For You”, pochodzący ze ścieżki dźwiękowej do „Vision Quest”, to totalny staruszek, datowany na ’85 rok – a mimo to posiadający najwięcej uroku. Taki typowy love song z serii produkcynej, która dała nam też np piosenki z „Dirty Dancing”. Nie wiem jak Wy, ale ja jako ejtisofil jaram się jak ksiądz nowym ministrantem. Przeskok do lat 90tych: „I’ll Remember” (z „With Honors”) to już niby charakterystyczny styl Patricka Leonarda, a jednak diabeł tkwi w szczegółach – a konkretnie w dość nowocześnie, wyraźnie zarysowanym podkładzie rytmicznym, a przede wszystkim w interpretacji Madonny, pełnej jakiejś niewytłumaczalnej mądrości, pokory, optymizmu. Ok, możliwe że to autosugestia spowodowana tekstem, ale tak to czuję. No i jeszcze „This Used To Be My Playground” (z filmu „Ich Własna Liga”). Niby produkuje kolo od „Erotiki”, ale nie ma tu nic z atmosfery tamtego albumu. Prędzej z „Evity”. Ładne, choć nic wybitnego.
Kompilacja miała być w założeniu jednym z etapów procesu rehabilitacji po przegięciu wizerunkowym z początku lat 90tych. Wyszło całkiem udanie. Wybaczyłbym, gdyby nie to, że w nowym tysiącleciu znów sobie grabi. I końca tego nie widać.
najlepszy moment: LIVE TO TELL
ocena: 8,5/10
