rageman.pl
Muzyka

Maciej Maleńczuk – Wysocki Maleńczuka

Wysocki-Malenczuka_Psychodancing-Maciej-Malenczuk,images_big,21,5052498582150rok wydania: 2011

wydawca: Warner Music

 

Wydawać by się mogło, że polscy wykonawcy z szeroko rozumianego popowego kręgu należą do najbardziej płodnych artystów na Ziemi. Ostro tu generalizuję, wiem, ale fani polskiego mainstreamu narzekać nie powinni. A to, że ilość raczej nie idzie tu za rączkę z jakością, a większość zawartego na tych albumach materiału to przeróbki – czy kogoś to obchodzi? Na pewno nie owych fanów – biorąc pod uwagę fakt, że większość z nich stanowi publikę festiwali w Opolu czy Sopocie nie sądzę, by byli oni specjalnie wyczuleni na artystyczny kunszt i tym podobne pierdoły.

Nie ma co się oszukiwać – regularność wydawania płyt u naszych gwiazd estrady przede wszystkim wynika z tego, że „pieniążki” muszą się zgadzać. Z płyt publikowanych co dwa lata i trasy po klubach dla 50 osób (wariant optymistyczny) w tym kraju wyżyć się nie da, o czym przekonują się także ci najwięksi (pod względem artystycznym, rzecz jasna). Dlatego przejście na „zawodowstwo” w kontekście naszego rynku muzycznego oznacza zazwyczaj przejęcie charakteru fabryki – norma w postaci jednej płyty na rok musi być wyrobiona, nawet jeśli oznaczałoby to pójście po najmniejszej linii oporu. Na przykład wydając album z coverami, gdzie wystarczy trochę pobawić się z aranżacjami, choć sami zainteresowani będą mówić o „wielkim wyzwaniu, jakim jest próba zmierzenia się z doskonale znanymi i ukochanymi przez publikę klasycznymi kompozycjami”. Public Relations, baby.

Wydany w 2011 roku „Wysocki Maleńczuka” to już ósmy solowy album krakowskiego artysty w przeciągu 6 lat, a zarazem drugi opublikowany w tym roku (o „Mezaliansach” porozmawiamy sobie w następnej notce). To także pierwsze dzieło pod szyldem Psychodancingu w całości wypełnione cudzymi kompozycjami. Tym razem postawili na twórczość rosyjskiego pieśniarza, Włodzimierza Wysockiego i każdemu, komu choć trochę jego postać jest znajoma, wybór ten wyda się wręcz oczywisty. Termin-klucz: enfant terrible. Wprawdzie Maleńczuk już dawno za sobą ma konflikty z prawem, a i na płaszczyźnie artystycznej trudno dziś określić go mianem bezkompromisowego, mimo to trudno byłoby znaleźć drugiego artystę w Polsce, który tak dobrze z autopsji znałby to, o czym śpiewał Wysocki. Być może nawet lepiej, że podjął się tematu dopiero dwa lata temu – w okresie największej popularności, dzięki której znacznie więcej osób nie tylko usłyszało o albumie, ale być może także dowiedziało się o istnieniu w historii muzyki takiego twórcy jak Wysocki. Co szczególnie jednak ważne – nowo pozyskana sława, jak już pokazały fragmenty „Psychodancingu”, nie spiłowała alt rockowego pazura Maleńczuka, co udowadnia „Wysocki Maleńczuka” w praktycznie całej rozciągłości. Serio – aż dziw, że mówimy o tym samym składzie muzyków, który grywa po dożynkach i bankietach całej Polski, nawet jeśli to robi ze sporym przymrużeniem oka. Przecież taki „Straszny Dom” w niektórych momentach to najprawdziwszy ekhm heavy metal. Pozostała zaś część kompozycji to osadzona na horrorowej muzyce filmowej demoniczna interpretacja Maleńczuka potwierdzająca słuszność jego kolaboracji z Behemothem. Jeszcze większym szokiem, biorąc pod uwagę deklarowane w wywiadach sympatie muzyczne byłego lidera Pudelsów, to „Bokser” utrzymany w stylu ekhm ekhm hardcore punk. Oczywiście wszystko to mieści się w eklektycznej konwencji Psychodancingu, przez co mamy tu i bluegrass („Czerwone Zielone”) i Cash’owe country („Ten Co Wcześniej”), a nawet coś na kształt hip hopu („James Bond” – przypomina się plotka jeszcze z lat 90-tych, jakoby Maleńczuk dość mocno chciał współpracować z Kalibrem 44).

Nie będę ukrywał, że niespecjalnie jest mi znana twórczość Wysockiego w oryginalnych wykonaniach. Zakładam więc, że najbliżej nich są Maleńczukowe interpretacje „Moskwy Odessy” i „Swobodne Spadanie”. Choć ta akustyczno-ascetyczna, songwriterska forma równie dobrze może kojarzyć się z Panem Maleńczukiem, bardem krakowskich ulic. Jeszcze milsze skojarzenie przynoszą 10-minutowe „Manekiny”. Bluesrockowy początek, doskonale pasujący do tak charakterystycznego żaru w śpiewie Maleńczuka, nabiera z czasem epickiego wymiaru, z egzystującymi na równych prawach hammondowskim wyciszeniem i artrockowym patosem. „Bema Pamięci Żałobny Rapsod” na nowy wiek? Nawet jeśli parę dźwięków jest tu niepotrzebnych (chórki), to i tak trzeba to wykonanie uznać za najbardziej monumentalne dzieło Maleńczuka od… no właśnie, 1997 roku bodajże.

Zdecydowanie najlepsze dzieło wydane pod szyldem Psychodancingu, a zarazem bez większej konkurencji w „nowożytnej” historii Maleńczuka.

 

najlepszy moment: MANEKINY

ocena: 7,5/10

Leave a Reply