Maciej Maleńczuk & Justyna Steczkowska – Mezalianse
wydawca: QM Music
Nie jest to pierwsza płyta w karierze Maleńczuka, na której kolaboracja z drugim artystą byłaby rozciągnięta do wymiarów całej płyty, firmowanej dwoma nazwiskami. Wątek rozpoczął bodajże album „Koledzy”, nagrany z Wojciechem Waglewskim. Mało zapadające w pamięć, acz sympatyczne akustyczne plumkadło, przede wszystkim bardzo trafione biorąc pod uwagę dość zbieżne charakterystyki karier obu panów. Potem była płyta z Pawłem Kukizem, czyli wciąż rzecz pozostająca w rockowych kręgach. Na „Mezaliansach” lider Homo Twist postanowił pójść krok dalej. Dalej?
Kluczem do pozytywnego odbioru tej płyty, bez psucia sobie krwi rozkminami o komercji i tym podobnych zjawiskach, jest potraktowanie tej płyty jako dzieła Justyny Steczkowskiej, powstałego przy gościnnym udziale Macieja M. Nie jest to naciąganie rzeczywistości – niegdysiejsza laureatka „Szansy Na Sukces” śpiewa tu w siedmiu piosenkach na jedenaście możliwych. Czyli, jakby nie patrzeć, w zdecydowanej większości. I jako płyta Justyny „Mezalianse” się nie tylko bronią, ale pozwalają ponownie uwierzyć w jej karierę. Karierę piosenkarki, która ze względu na możliwości wokalne i osobowość mogła być (nawet powinna) nową Ewą Demarczyk, a skończyła jako konkurencja dla Dody, obijająca się po telewizyjnych show i tabloidach. Okazuje się, że w takim vocal jazzie po linii Diany Krall czy Nory Jones odnajduje się ona całkiem nieźle, więc może powinna trzymać się tego kierunku? Taki „Zmierzch” czy „Stacyjka Zdrój”, oba spokojne i nastrojowe, to klasa przed duże „K”, nawiązująca do najpiękniejszych momentów polskiej żeńskiej wokalistyki. Nie tylko ze względu na oldschoolowość tych kompozycji pochodzących z repertuaru Kabaretu Starszych Panów…
Patrząc jednak na album przez pryzmat obecności Maleńczuka… Teoretycznie – kolejny ruch szczwanego lisa. Bo Steczkowska to jednak nie Doda ani nie Beata Kozidrak, reprezentuje ona pewien artystyczny poziom. Dwa – dobór kompozycji (jak zostało powiedziane, autorstwa tandemu Przybora/Wasowski) narzuca easy listeningowe brzmienie, które mimo wszystko nie przekracza granicy muzycznej błazenady. Mógłbym wprawdzie wspomnieć, że już na „Kolegach” Maleńczuk przerabiał materiał Kabaretu Starszych Panów, ale co się będę czepiał… No i po trzecie – jest go tu mniej niż Justyny, czyli zawsze łatwiej umyć rączki i zrzucić winę na koleżankę. Jednym słowem – twardych dowodów na koniunkturalizm znów nie ma. Każdy jednak, kto z muzyką obcuję dłużej i intensywniej wyczuje, że nie jest to płyta powstała w pierwszej kolejności z artystycznych pobudek. Taki duet, taki materiał, taki charakter płyty to przecież sprzedażowy samograj, idealny do wybicia się na rynku dla takiej małej wytwórni jak QM Music (i tak zresztą już nieistniejącej). To nieważne, że mi, który wręcz wykończył ilością odsłuchań kasetę z „Moniti Revan”, Maleńczuk do roli croonera zupełnie nie pasuje, a słuchając „Bez Ciebie” moje skojarzenia biegną w kierunku podbijającego swego czasu scenę muzyczną Michała Żebrowskiego (czyli, jakby ktoś się nie domyślił, kierunek niefajny). Krakowski bard już dawno nie kieruje swej muzyki do fanów jego dokonań z lat 90-tych.
Pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję – swego czasu miałem przyjemność pracować w dziale marketingu Meritum Banku. Konkretnie w okresie, kiedy Pan Maleńczuk stał się twarzą kampanii promocyjnej. Byłem wtedy mocno sceptycznie nastawiony do tego pomysłu – trochę jako fan tej postaci, przede wszystkim oceniając rzecz pod kątem powodzenia tego pomysłu. Wszak Bank musi wzbudzać przede wszystkim zaufanie, a czy takowe wzbudza ktoś tak niejednowymiarowy i (mimo wszystko) kontrowersyjny jak Maleńczuk? Pomijając efekty tej kampanii okazało się, że nie miałem racji – moja Matka np. słucha „jednym ciurkiem” Rynkowskiego i Maleńczuka, nie dostrzegając żadnych rozbieżności. Dla mnie, nie ukrywam, jest to mały, prywatny dramat.
najlepszy moment: ZMIERZCH
ocena: 6,75/10
