rageman.pl
Muzyka

Do Not Disturb 4

Do-Not-Disturb-Vol-4_Sony-Music,images_big,4,88697795622rok wydania: 2010

wydawca: Sony Music

 

Jak wiemy z doświadczenia Romana Rogowieckiego, najlepsze albumy to składanki. Zwłaszcza z szeroko pojętym chilloutem. Zwłaszcza na taką pogodę.

A teraz serio – wiadomo, że ciężko ocenić takie wydawnictwo jak „Do Not Disturb 4” (ponoć czwarta część jakiejś serii, nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem) tymi samymi kryteriami co autorskie dzieła, czy nawet kompilacje typu greatest hits. W końcu tu chodzi przede wszystkim o to, by muzyczni Janusze mieli co puścić na audiofilskim sprzęcie, a product manager w wytwórni miał co do CV wpisać. Czyli sytuacja bardzo daleka od tych, z jakich powodów tworzy się Sztukę. A takową przecież chcemy się tu zajmować.

Jeśli już jednak przyjąć do świadomości istnienie tego typu albumów, do znajdzie się kilka argumentów za tym, by ocenić „Do Not Disturb 4” pozytywnie. Po pierwsze – to aż dwa krążki (28 utworów), a w przypadku składanek prawdziwie jest stwierdzenie, że co dwie płyty to nie jedna. Zwłaszcza jeśli cena nie jest przez to zawyżona. Po drugie, repertuar nie jest wizytówką wyłącznie Sony Music, co jako rzecz nieoczywistą się chwali. Co fajniejsze, sporą reprezentację mają wytwórnie niezależne, przede wszystkim Ninja Tune (Amon Tobin, The Cinematic Orchestra, a także polski Skalpel). Po trzecie – choć całość nastawiona jest na to by odprężać, to jest kilka momentów wytrącających z zadumy i rozmarzenia, czasem nawet dość porządnie (końcówka „Comforting Sounds” Mew). Po czwarte i najważniejsze – to są naprawdę dobre piosenki dobrych wykonawców i to wcale nie tak oczywistych dla tego typu składanek. Jest tu kilka dużych nazw, niektóre niejako obowiązkowych na tę okoliczność (Air, Telepopmusik), dominują jednak artyści w ogólnym ujęciu niszowi, których obecność całkiem dobrze świadczy o osobie odpowiedzialnej za selekcję. Nie ukrywam, że nie miałem dotychczas przyjemności z Fink czy Marit Bergman, okazuje się zatem, że osoba trochę bardziej siedząca w muzyce (a przynajmniej według własnego mniemania) znajdzie tu coś nowego dla siebie.

I przede wszystkim ten aspekt edukacyjny zadecydował o końcowej ocenie. Jeśli chodzi o wybór najlepszego momentu to nie ukrywam, zachowam się trochę jak inżynier Mamoń. Nic jednak nie poradzę, że „No Surprises” to dla mnie numer deklasujący konkurencję w każdych okolicznościach.

 

najlepszy moment: RADIOHEAD – NO SURPRISES

ocena: 7/10

Leave a Reply