Machine Head – The Burning Red
rok wydania: 1999
wydawca: Roadrunner
Płyta przechodzi obecnie u mnie małą rehabilitację. Jakoś wcześniej nie mogłem się do niej przekonać, zresztą jak do każdego albumu po „Burn My Eyes” (no wyjątek to ostatni „Through the Ashes of Empires”, który zrobił mnie od razu). Trzeci longplej, nagrany już bez mega guitarmana Logana Madera, na dodatek za produkcje wziął się Ross Robinson, odpowiedzialny za debiutanckie płyty m.in. Korna czy Limp Bizkit. Nie każdemu akurat imponują takie wpisy w CV, ale należy dodać, że ten pan odpowiedzialny był również za produkcję „Roots” Sepultury, a o tej płycie złego słowa powiedzieć już raczej nie można.
Jaki wiec był rezultat spotkania Machine Head i Robinsona? Wcześniej uważałem że kiepski, zbyt lajtowy, że Machine Head zaczął naśladować swe własne, unumetalowione klony. Dopiero z czasem się skumałem, że lżej nie musi przecież z założenia oznaczać gorzej (odkrycie sezonu!). Oczywiście pod warunkiem, że to zmiękczenie muzy ma jakiś (artystyczny) cel. Tutaj ma. Może to wszystko jest melodyjne, ale nadal słychać ze to Rob Flynn i spółka.
Co można by wyróżnić? Na początek „The Blood, the Sweat, the Tears” jako idealny, najlepszy reprezentant tego nowego kierunku. Jest niby ciężko jak za starych czasów, ale taneczny beat w zwrotkach i do bólu wpadający w ucho refren to pewne novum. Następne wyróżnienie: „From this Day”, czyli singel promujący album. Słusznie? Nie do końca chyba. Zwrotki w tym kawałku to czysty rap, co mogło być totalnym szokiem dla starych fanów. Choć generalnie numer jest całkiem spoko. Następnie: cover The Police „Message in the Bottle”. Dla mnie chyba nawet lepsze od oryginału (może dlatego że nigdy specjalnym fanem zespołu Stinga nie byłem). Z wersji pierwotnej został tylko tekst i fragmenty linii melodycznych. Piękna sprawa. No i sam koniec albumu, czyli tytułowy kawałek.
Reasumując – świetny longplay, aż żal ze dopiero teraz przeze mnie doceniony. Choć przy okazji odkryłem że panowie mają tendencję przeplatać zajebiste albumy takimi se. Czyli teraz czekamy na słabszy album.
najlepszy moment: THE BURNING RED
ocena: 7,5/10