Lynch on Lynch
autor: Chris Rodley
W tym roku także prędzej czy później musiało się coś na tym blogu pojawić o Davidzie Lynchu, więc miejmy już to z głowy.
Tym razem będzie o książce zawierającej zapis rozmów, jakie Chris Rodley – sam będący filmowcem-dokumentalistą – przeprowadził z autorem „Blue Velvet” na przestrzeni lat 90-tych. A ściślej rzecz ujmując – drugim wydaniu tej książki z 2005 roku. Czyli historia kończy się na „Mulholland Drive”, zaś wcześniej przez 10 rozdziałów omówione chronologicznie każde pełnometrażowe dzieło Lyncha. Choć nie tylko, bo przecież mówimy o człowieku który para się (lub parał) m.in. malarstwem, muzyką, fotografią, komiksem, animacją, reklamą, architekturą, instalacją artystyczną, a swego czasu to i gazety rozwoził. I o to wszystko Rodley wnikliwie wypytuje.
A i o więcej, ponieważ autor czujnie wychwytuje koneksje między sztuką Lyncha a jego życiem poza-artystycznym, nie zabrakło więc wątków Medytacji Transcedentalnej (chociaż można odnieść wrażenie, że przed założeniem własnej Fundacji propagującej TM nie był aż tak skory do opowiadania o tym aspekcie swojego życia) czy poglądów na religię, politykę czy showbiznes jako taki. Użyłem sformułowania „poza-artystycznym”, ponieważ zupełnie zabrakło wątku życia prywatnego. Wprawdzie siłą rzeczy pojawiają się nazwiska byłych partnerek, jak Mary Sweeney czy Peggy Lynch, ale tylko dlatego że miały one bezpośredni związek z jego twórczością. Tradycyjnie nie ma co się też spodziewać odpowiedzi na pytania z cyklu „co oznacza…”. To nawet nie jest tak, że Lynch wzbrania się przed własną inrerpretacją tego co stworzył – on zupełnie nie czuje potrzeby o niej mówić, a niekiedy odnosi się wrażenie, że on sam nie wie co oznaczają rzeczy które zarejestrował na taśmie.
Czy jest sens więc zapoznawać się z „Lynch On Lynch”, zwłaszcza kiedy na rynku jest kompletna autobiografia „Room To Dream”? Mimo wszystko tak, bo nawet jeśli sporo anegdot przewija się w obu pozycjach (w tym klasyczna już opowiastka o „narodzinach BOBa”), to Rodley wypytuje się także o techniczne aspekty filmów Lyncha i ich kreacji – coś, co Lynch sam z siebie nie uznaje za na tyle interesujące zagadnienie by opowiadać o nim w autobiografii, jednak dla Lynchofilów jest to temat kluczowy. Z racji że pierwsze wydanie zbiegło się z premierą „Zagubionej Autostrady”, to właśnie o tym filmie jest tu mowy najwięcej. Co mnie osobiście bardzo cieszy, jako że to moja ścisła czołówka dzieł Lyncha.
Mam natomiast spory problem z samą edycją książki, w której aż roi się od literówek. Mogę wybaczyć „Penderekiego” (jakby ktoś nie wiedział – mowa o naszym kompozytorze), Richarda Beamera, ale Trent RESSNER? Nie abym był aż takim fanem GWOŹDZI, ale trochę przesada.
najlepszy moment: “I woke up one morning and the intercom rang, and a man says, ‘Dave!’ and I said, ‘Yeah,’ and he says, ‘Dick Laurent is dead.’ And I said, ‘What?’ And there was no one there… I don’t know who Dick Laurent is. All I do know is he’s dead!”
To się nazywa mieć ciekawe, inspirujące życie.
ocena: 8/10
