rageman.pl
Muzyka

Little Festival 2004 (dzień drugi)

gdzie: Kościół Św. Jana, Gdańsk

kto: The Living Jarboe, Variete

Tym razem zgodnie z programem – artyści w lineupie już nie tak kontrowersyjni, więc nie było problemów ze zrobieniem koncertu w kościele.

Przybywam na miejsce na 20.00. Stoimy w kolejeczce po bilety, kolejne 60 zeta (ale nie stracone!!) wylatuje mi z portfela. Wchodzimy do środka. Frekwencja jeszcze mniejsza niż na Psychic TV. Co jest z tymi ludźmi??? Kulturalnie i grzecznie zajmujemy miejsca. Żadne tam kościelne ławy, tylko zwykłe krzesełka z plastiku. Przyznaję się, że to był mój pierwszy pobyt w kościele Św. Jana, a tym bardziej mój pierwszy koncert w kościele jako takim. Tym bardziej byłem ciekaw tego wydarzenia. Cóż, nie dziwię się że są Artyści, którym zależy by wystąpić w tym właśnie kościele. Gigantyczny. Monumentalny. Piękny. Tak, jest coś pięknego w kościołach jako obiektach architektonicznych. A kościół Św. Jana to być może najpiękniejszy z nich. Ale też nie tylko wygląd kościoła jest pociągający dla Artystów, bo chodzi tu głównie o warunki akustyczne. I tak, te były najlepsze z jakimi się spotkałem. Coś niesamowitego.

Czas na samą muzykę. Kwadrans po 20.00 zaczął grać jedyny polski przedstawiciel na tym mini festiwalu, czyli Variete. Legenda jeszcze z lat 80tych – nie będę jednak ściemniał, jakoś ominęła mnie wcześniej ich muzyka. Ale po ich występie dopadła mnie smutna refleksja. Gdyby ci panowie urodzili się w USA i tam grali, to byliby zapewne na okładkach „Rolling Stone” tudzież „New Musical Express”, jeździliby w trasy z A Perfect Circle i mogliby żyć wyłącznie z muzyki. A tak to są legendą w Polsce i w związku z czym nic z tego nie mają poza tym chwalebnym tytułem. Oczywiście zakładam, że satysfakcję przynosi im samo granie. Za co chwała, że im się wciąż chce. Niemniej chciałbym doczekać czasów, gdy da się z takiej muzyki w Polsce żyć… W każdym razie chciałem powiedzieć, że Variete to bardzo fajny, bardzo klimatyczny zespół. Wspomnienie o A Perfect Circle nieprzypadkowe – jasne, spore różnice między tymi zespołami, jednak celebrację dźwięku i tworzenie klimatu odnajduję dość podobnymi. Przede wszystkim jednak Grzegorz Kaźmierczak, lider grupy, nie jest Maynardem James Keenanem i chwała że nie ma jakiejkolwiek ambicji by nim być. Ubrany w najzwyklejsze ciuchy pod słońcem, deklamował, a czasem i podśpiewywał, swą poezję. Dokładnie tak, poezję. Dało się słyszeć, że głównym celem Variete jest właśnie przekaz liryczny, której to muzyka akompaniuje. Oczywiście z racji miejsca przyjęcie zespołu było raczej spokojne. Bez żadnych okrzyków, gwizdów i tym podobnych. Po prostu kulturalne oklaski, niczym na imprezie dla zgredów. Można było odnieść wrażenie, że ludzie są jacyś tacy niechętni. I nie chodziło o to, że im się nie podobało – po prostu chyba większość wychodziła z skądinąd zrozumiałego założenia, że w kościele nie wypada klaskać. I dopiero jak w pewnym momencie pierwszy odważny zaczął klaskać, to reszta pociągnęła temat. To również było swego rodzaju dla mnie novum. A wracając do Variete – kontakt lidera z publiką dość średniawy, ale chyba i on był w jakiś sposób skrępowany okolicznościami, dlatego konferansjerka dość mało rockowa i wyluzowana. Niemniej publika wyglądała na zadowoloną. Z bisem grali łącznie równą godzinę.

Niemalże równo o 22.00 pojawiają się muzycy The Living Jarboe. Z lewej strony na gitarze akustycznej Niccolo Le Ban. Z prawej strony na skrzypcach i wspomagającym wokalu Kris Force. I głównodowodząca tej ferajny, Jarboe. Dla tych co niezorientowani – znana głównie ze Swans, ostatnio zaś dało się ją słyszeć na albumie wspomnianych wcześniej A Perfect Circle („The Thirteenth Step”). Ubrana w białą suknię, emanująca niesamowitym wokalem. Cóż, ta pani śpiewać potrafi, zresztą na tej umiejętności był oparty koncert. To co towarzyszyło jej wokalowi to były bardziej dźwięki niż harmonijny akompaniament. Owszem, ciekawie i umiejętnie zagrane, ale to w wokalu Jarboe leżał niemal wyłączny ciężar tworzenia klimatu występu. Dodajmy, że podołała zadaniu w 1000 procentach. W pewnym momencie pojechała na jednym dźwięku przez minutę – do teraz mi w uszach brzęczy. I jeszcze ta wspomniana akustyka… Tak jak wczoraj użyłem słowa performance jako opis tego co widziałem, tak o występie Jarboe nie da się inaczej powiedzieć jak o Misterium. Duże słowo, ale tak było. I tylko żal że trwające niecałą godzinę . Dobrze że chociaż bis się dało wywalczyć, podczas którego zresztą Jarboe pierwszy raz się do publiki odezwała.

 

najlepszy moment: VARIETE – BOHATER LIRYCZNY

ocena: 8/10

Leave a Reply