rageman.pl
Muzyka

Little Festival 2004 (dzień pierwszy)

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: Psychic TV, Column One

 

Będzie o koncercie, którego miało nie być. Oczywiście znów zawiniło katolickie rozumowanie rzeczywistości, typowe dla naszego kraju. Pozdrawiamy Larry’ego Okey Ugwu, bohatera dnia. Jeśli ktoś niezorientowany – wyżej wspomniany, będący świeżo mianowanym kuratorem kultury w Gdańsku, nie zgodził się na występ Psychic TV w Kościele Św. Jana ze względu na rzekomy przekaz antychrześcijański w ich muzyce. Będąc już po koncercie mogę stwierdzić, że żadnych satanistycznych treści się nie dopatrzyłem. Owszem, były momenty wręcz perwersyjne, ale z drugiej strony – czy np. takie pokazanie na ekranie biustu jest obrazoburcze? Toć to tylko gołe piersi, nic ponadto. Zwłaszcza że miało to artystyczne uzasadnienie, nie było szokowania dla samego szoku. Niemniej dobrze że koncert się w ogóle odbył, szkoda jedynie straconej szansy akustyki kościoła i tego, że Ugwu okazał się ignorantem, zbyt pochopnie wydającym sądy.

Ale może czas już o samym koncercie. Na miejsce przybywam o 22.00. Mało ludzi, zbyt mało jak na TAKIE wydarzenie. No i spodziewałem się satanistów, a tu jacyś artyści przyszli… Czekamy. W końcu jakoś niedługo przed 23.00 zaczyna się pierwszy występ, Column One z Berlina. Przyznaję się, że pierwszy raz o nich słyszałem. Ale  zbytnio to nie przeszkadzało, bo nie był to występ gdzie gra się znane fanom melodie, odbiera czek u organizatora i do domu. Trudno to nawet było nazwać koncertem, zdecydowanie bardziej performance’m. Ultra chory, dodajmy- czegoś takiego w życiu nie widziałem. Na ekranie chore, najczęściej czarnobiałe obrazki: a to starszy chłop gadający do kamery, to obraz-szum z telewizora, innym razem wijąca się młoda dziewczyna. I dźwięk. Tym ciekawiej zapodany, że atakujący z dwóch stron. Przed scena obsługiwane instrumenty perkusyjne i tym podobne, z tyłu zaś pan przebrany niby za górnika, przesuwający głośnik na kółkach, który wydawał różne dziwne dźwięki. Choroba, jednym słowem. I tak jak już nieraz widziałem występy angażujące zarówno dźwięk, jak i obraz, tak chyba po raz pierwszy byłem na „koncercie” angażującym także węch. Aż gęsto było od przeróżnych zapachów w powietrzu. Generalnie tych dobrze nam znanych z dezodorantów, ale razem tworzyły jakiś wyjątkowo unikalny mix. Aby było jeszcze weselej, to panowie odpowiedzialni za rozsiewanie tych zapachów, przebrani w maski rodem z Halloween, robili to biegając między ludźmi. Na tym interakcja z publiką się jednak nie kończyła. Bo oto w pewnym momencie patrzę – jeden z panów wije się obok mnie po podłodze, a w końcu atakuje moją nogę i zaczyna macać mnie po łydce. Normalnie bym już zaczął czuć się więcej niż nieswoje, ale tym razem czekałem co się dalej wydarzy. (Nie)stety tylko psiknął mnie dezodorantem i poszedł wić się gdzie indziej. Doprawdy, czegoś takiego jeszcze na koncercie nie doświadczyłem. I choć w przypadku tego typu występów można mieć wątpliwości, czy to aby nie ściema tuszująca ubogie możliwości muzyczne, tak tutaj tak nie było. Wszystko z sobą współgrało i robiło kolosalne wrażenie. Choć według zegarka ich występ trwał czterdzieści minut, to dla mnie zleciało to na maksa szybko. Kurewsko chora sprawa.

Czekamy już na „gwiazdę” wieczoru. W końcu ta się pojawia krótko przed północą. Bez wielkiego powitania zaczyna od razu śpiewem a capella. Mowa oczywiście o liderze Psychic TV, Genesisie P-Orridge, w blond włosach i bluzce z dekoltem. Raz po raz zresztą kokietował publikę tym swoim „biustem”. Z lewej strony na gitarze David Max, wyglądający jak hybryda punka z wielbicielem Duran Duran. Za perkusją Eddie Odowd z fryzura a’la pedofil-psychopata. Od prawej strony za keyboardem Markus Fabulous Persson. Na basie niezwykle urocza i ładna Alice Genese. No i na przodzie Genesis. Lady Jaye P-orridge tym razem zabrakło. Sam koncert? Bardzo dobry. Wiadomo, że Psychic TV to grupa balansująca na granicy różnych stylów, jednocześnie nie dająca się nigdzie sklasyfikować. Z jednej strony prosta jazda punkowa, choć nagle wyskakują z jakąś totalną kakofonią dźwięków. Innym razem melodyjne refreny (jak w np. „Godstar”) rodem z popu. Może po prostu tak się gra, gdy się jest fenomenalną kapelą rockową? Prawdę powiedziawszy nie wiedziałem czego do końca się spodziewać po P-orridge’u. Czy zacznie szalony performance angażujący krew, fekalia i spermę czy jeszcze co innego odstrzeli. A tu się okazało, że to całkiem sympatyczny facet, oczywiście w granicach rozsądku. Ale jednak. Kontakt z publiką wyśmienity. Nie obyło się bez żartów, ale w żadnym stopniu prymitywnych – bez bluzgów w stronę Larry’ego, za to całkiem kąśliwe (i celne) uwagi. Naprawdę full szacunek. No i przyjęcie publiki równie dobre. Może nie że od razu szał pod sceną, ale chyba nie o to też do końca chodziło. Zresztą zespół to docenił wychodząc na bis aż cztery razy i grając łącznie koło dwóch godzin. Ponoć raczej im się to nie zdarza. Ostatni bis to już w ogóle był dla wielu szok, jako że większość (łącznie z autorem tego wpisu) zdążyła już prawie wyjść z klubu…

 

najlepszy moment: PSYCHIC TV – GODSTAR

ocena: 7,5/10

Leave a Reply