rageman.pl
Muzyka

Leonard Cohen – Various Positions

rok wydania: 1984

wydawca: Columbia

 

chyba na jesien zawsze musi mnie wziac faza na jakiegos songwritera. rok temu o tej porze radzil w mym odtwarzaczu i sercu Tom Waits, teraz czas na Leonarda Cohena.

jak pamietamy, Kanadyjczyk zamknal dekade lat 70tych raczej sredniawym (choc tu uwaga – ten typ ponizej pewnego poziomu nie schodzi, wiec wciaz bylo przyzwoicie) „Recent Songs”. wszystko wskazywalo na to, ze w swiecie po punkowym przewrocie nie ma miejsca dla takich slodko nudzacych panow jak Cohen. zniknal wiec z pola widzenia i wydawac by sie moglo, ze juz na zawsze, gdy wtem, po 5 latach…

„Various Positions” to takze rewolucja, choc oczywiscie tylko w kontekscie dyskografii Cohena. choc o muzyce na plytach Cohena mozna bylo pisac rozne rzeczy, zawsze pojawialo sie ktores ze slowek typu „kameralne”, „ascetyczne”, „minimalistyczne”. „VP” zadaje temu kres. muzycznie to plyta, jaka mogla wydac wiekszosc piosenkopisarzy lat 80tych.

no wlasnie… dobry aspekt to taki, ze rzeczywiscie jakos to brzmi. zly to taki, ze niekoniecznie w dobrym stylu. wezmy hit na otwarcie, „Dance Me To The End Of Love”. syntezatory byly w wiekszosci przypadkow zabojca muzyki lat 80tych, ale na Cohenowej stylistyce dokonaly wyjatkowo brutalnego mordu. czlowiek, ktory swym unikalnym stylem zglaszal akces do rockowej elity, nagle otworzyl sobie przepustke do festiwalu w San Remo, a w najlzejszym przypadku – Sopot Festival. a taki „The Captain” to Mragowa jak w morde strzelil. dramat.

problem jednak z ta plyta jest taki, ze trzeba zapomniec o tych koszmarnych momentami aranzacjach, jesli chce sie docenic jej piekno. bo fakt jest taki, ze to wlansie tu trafily kompozycje, ktore jako jedne z nielicznych z tych pochodzacych z 3 ostatnich dekad moga stawac w szranki z Cohenowymi klasykami. przede wszystkim – „Various Positions” to jest TA plyta, ktora zawiera „Hallelujah”. co tu jeszcze mozna o tym utworze napisac madrego, by sie nie powtarzac? absolut w pelnym tego slowa znaczeniu, perla muzyki rozrywkowej, ktorego wartosc wrecz nalezy mierzyc ta sama miara co symfonie Beethovena czy Pory Roku Vivaldiego. tak uwazam. co zas sie tyczy wersji z „VP” – zwroccie uwage na przepiekne wokalne tlo, jakie tworzy tu Jennifer Warnes. magia. nieopodal, choc jednak juz poza sfera mistycznych doznan, lezy „If It Be Your Will”, a takze… „Dance Me To The End Of Love”. bo to piekny numer, ktory skrzywdzono aranzacje. i chocby koncert z Londynu dobitnie o tym swiadczy.

mimo wszystko – powrot do formy po „Recent Songs”.

 

najlepszy moment: IF IT BE YOUR WILL

ocenaL 7,5/10

Leave a Reply