Leonard Cohen – Songs Of Love And Hate
rok wydania: 1971 (reedycja: 2007)
wydawca: Legacy
czesto ostatnio do tego Cohena wracamy, ale tym razem, w takich warunkach atmosferyczno-uczuciowych, jest on wrecz nieodzowny.
tym razem siegamy po Cohena Klasycznego, z poczatkowych lat jego dzialalnosci. o samej Muzyce, jak zwykle w przypadku tego Pana, wiele powiedziec nie mozna. tym bardziej, ze to aranzacyjnie rzecz zblizona do jego nastepcy, „New Skin For The Old Ceremony”. pomysly, ktore pojawily sie przy okazji nagrywania „Songs”, znalazly swoje rozwiniecie na pozniejszej plycie. czyli dalej minimalistycznie, bez jakiegokolwiek rytmu (brak instrumentow perkusyjnych), ale juz poza gitara do glosu dochodza takie instrumenty jak skrzypce czy banjo. dzieki czemu poza ultrakameralnymi rzeczami jak „Joan Of Arc” czy „Famous Blue Raincoat”, mamy tez numery, gdzie muzyka odgrywa rownorzedna role co tekst – vide tracacy Karaibami (!!) „Diamonds In The Mine”, otwierajacy plyte „Avalanche” czy nagrany na zywo „Sing Another Song, Boys”.
z dolaczonego do reedycji wspominkowego tekstu (w ramach wydania z ’07 otrzymujemy takze wczesniejsza wersje „Dress Rehearsal Rag”) dowiadujemy sie, ze Kanadyjczyk nie byl zadowolony brakiem sukcesu komercyjnego, za ktory obwinial swoj wokal. i na tej plycie postanowil bardziej przykombinowac. efekt? rozny. mozna docenic proby urozmaicenia tego aspektu, natomiast nie da sie ukryc, ze czesto konczy sie to falszem lub, co gorsza, groteska (to wydarcie w „Diamonds…” – ugh, straszne, wrecz nie przystoi). z drugiej strony – jesli akceptujemy zasady gry, polegajace na totalnej szczerosci przekazu, to musimy tez i sprostac tym mniej udanym fragmentom.
zwlaszcza ze sa one w zdecydowanej mniejszosci. bo clou programu stanowia piosenki, ktore do dzisiaj sa najpiekniejszymi tworami popelnionymi przez tego Pana. „Famous Blue Raincoat” – wiadomo. absolutnie przepiekna rzecz o milosnym trojkacie, ze znanym niemal kazdemu refrenem (choc niestety niekoniecznie za sprawa tej piosenki – patrz bezczelna zrzyna w pop-hiciorku sprzed lat, „When I Need You”). z tej samej, bezkonkurencyjnej na rynku linii produkcyjnej pochodzi „Joan Of Arc”, z nie-do-zapomnienia refrenowym zaspiewem (fakt, lepiej poradzila sobie z nim Jennifer Warnes na opisywanym tu kiedys tribute albumie). ostatnimi czasy przekonalem sie w koncu do „Last Man’s Year” z dzieciecym chorkiem (takowy przynajmniej jest odnotowany w creditsach, wiec to chyba tu sie on udziela).
ja nie wiem jak to jest z tym Cohenem – niby malo muzyki w tej jego muzyce, a jednak sluchasz takich plyt i czujesz, ze obcujesz z Czyms Wielkim.
najlepszy moment: FAMOUS BLUE RAINCOAT/JOAN OF ARC
ocena: 8,5/10