rageman.pl
Muzyka

Leonard Cohen – Songs Of Leonard Cohen

rok wydania: 1967 (reedycja: 2007)

wydawca: Legacy

 

Już w grudzień wkroczyliśmy, zaraz zacznie się kalendarzowa zima 2012, a tu jeszcze ani razu Cohena nie było!

Nadrabiamy zatem i to z grubej rury. Debiut. Kolejny dowód na unikalność muzycznego roku 1967, choć z niezrozumiałych dla mnie powodów nie jest to płyta wymieniana w jednym rzędzie z debiutem The Doors czy „Sierżantem Pieprzem”. Może dlatego, że jest to najbardziej nietypowy z tych wszystkich arcydzieł wydanych w tamtym roku?

Podstawowa różnica wynika z nietypowości postaci Cohena i jego drogi do kariery muzycznej. W momencie wydania „Songs of…” był 33-letnim, osławionym autorem literackim. Z jednej strony prowadził rockandrollowy tryb życia i trzymał się z postaciami pokroju Andy Warhola, ale też za duże doświadczenie miał by dać się ponieść naiwnej, hippisowsko-psychodelicznej fali. Nawet Dylan, do którego pod względem stricte muzycznym było mu chyba najbliżej, był dość blisko „ludu”, poruszając społeczną tematykę w tekstach. Cohenowi nie w głowie była rola subkulturowej ikony, jego zajmowały bardziej uniwersalne zagadnienia jak miłość, zazdrość, zdrada, samotność. Własnie widzę, że poprzednie zdanie może być odbierane jako sarkazm, ale naprawdę nic z tych rzeczy, jeno stwierdzenie faktu.

Z powyższym jest także związany kształt muzyki na debiucie. Tu trzeba wspomnieć o okolicznościach powstania płyty – pierwotnie album miał produkować John Hammond, który był odpowiedzialny za zakontraktowanie Cohena. W wyniku choroby musiał ustąpić miejsca Johnowi Simonowi, z którym Cohen regularnie ścierał się w kwestii brzmienia. Cohen dążył do jak największego ascetyzmu, podczas gdy Simon uznawał, że nic tak dobrze nie wzmocni przekazu Kanadyjczyka jak konkretny aranż. Z całym szacunkiem dla Leonarda, ale moim zdaniem to Simon miał zdecydowaną rację. I najciekawsze fragmenty płyty to te, przy których mixie to przypuszczalnie producent był górą. Jak „So Long, Marianne”, ze wsparciem żeńskiego wokalu i skrzypiec. Czy „Sisters Of Mercy” oparty na sekwencji ksylofonu. No i „Suzanne”, otwierający album.

Inna sprawa, że „Songs…” wymiata właśnie dlatego, że nawet te „najskromniejsze” brzmieniowo fragmenty poruszają. Najlepszym przykładem „Teachers”. Co też ważne – naprawdę nie trzeba rozumieć zawiłości tych tekstów (ba, być może nawet znajomość angielskiego nie jest wymagana), by dać się porwać tych utworom. Słowo klucz – melodie, ale też i interpretacje wokalne Cohena, tutaj jeszcze raczej spokojnie wyciągający górki (raczej – bo np końcówka „One Of Us Cannot Be Wrong” jednak kłuje w uszy).

Co tu dużo mówić – Klasyk Absolutny. Warto upolować reedycję z 2007 roku – może przesadą było nazwanie „Store Room” czy „Blessed Is The Memory” zaginionymi perełkami, ale jak najbardziej mają wpływ na wybitność tej pozycji w dyskografii LC.

 

najlepszy moment: SO LONG, MARIANNE

ocena: 9/10

Leave a Reply