Leonard Cohen – Recent Songs
rok wydania: 1979
wydawca: Columbia
jesienny Cohen, jakby to powiedzial Suharro.
o kanadyjczyku chyba nigdy na tym blogu nie bylo. wiec absolutna premiera.
dla niezorientowanych taki maly disklejmer – Leonard Cohen to ten pan, co pare lat temu czesto goscil w polskich radiach z takim spokojniutkim, mruczanym refrenem „In My Secret Life”. refrenem ktorym bardzo zainspirowal sie kukiz z borysewiczem tworzac „Jesli tylko chcesz” czy jakos tak. ale na polkach sklepowych szukajcie plyt Cohena w towarzystwie Boba Dylana predzej niz polskich poprockowcow.
malo kto lubi ten album. slabo sie sprzedawal, nie ma tu hiciorow (oczywiscie w cohenowej skali), wlasciwie ciezko powiedziec czy ta plyte cos wyroznia. poza tym ze jest zajebiscie rowna i rownie przyjemna. ascetyczne do bolu aranzacje. chodzi tylko o Cohena i jego teksty i jego poezje. ja sie na poezji znam jak kaczynski na savoir vivr, wiec nawet nie podejme sie oceny tego co cohen pisze. a ze o samej muzyce tez trudno sie rozpisac z powodu wspomnianego ascetyzmu, to niedlugo bedziemy ten tekst konczyc. ale…
co warto odnotowac? ano np to ze w dwoch numerach Cohenowi przygrywa kapela mariachi. ciekawie to wypada zwlaszcz w „The Lost Canadian”, tradycyjnym numerze z 19 wieku spiewanym w jezyku francuskim. reszta to juz tradycyjne mruczando cohena, najczesciej wsparte zenskim wokalem i akustyczna gitara samego Cohena. mysle ze bardzo, ale to bardzo spoko.
najlepszy moment: THE TRAITOR
ocena: 7/10