Bryan Ferry – Bete Noire
wydawca: Virgin
witajcie dzieci. dzis wpiszemy w poczet osob Godnych Uwagi Ragemana Uszu (w skrocie GURU) kolejna persone. zwie sie ona Bryan Ferry.
znacie? a nazwe Roxy Music kojarzycie? byc moze nie. nasze pokolenie, czyli Pewexu, gumy Turbo i Akademii Pana Kleksa juz takich rzeczy nie sluchalo. nie mowiac juz o mlodszych. a revivalu w stylu The Clash czy Joy Division tez sie nie doczekali. i w sumie nie dziwi. calkiem niezly zespol, ale zeby jakos sie specjalnie odznaczyl w historii muzyki chocby jedna plyta to raczej nieeee.
no ale my nie o Roxy Music mielismy tylko o jego liderze, ktory w pewnym momencie rozpoczal kariere solowa. tutaj rowniez bylo srednio jesli chodzi o Wielkie Dokonania. ale Wielkie Dokonania zostawmy Yes, a my zajmijmy sie Sympatyczna Muza.
wiec bylo tak, ze Ferry wydawal te swoje plyty, ale nabywcow zyskiwaly one glownie w UK. wytwornia postanowila cos z tym fantem zrobic. a moze Ferry sam z siebie postanowil stworzyc cos gladko przyswajalnego? efekt byl taki, ze popelnil Bete Noire. co bede sciemniac, nie wiem czy to najlepsza jego plyta, bo nie mam skali porownawczej. slabo rozeznany w temacie tego pana jestem. natomiast sama w sobie plyta jest kozacka. i moze sie spodobac wszystkim – audiofilom rozkochanym w Wysmakowanej Nucie, wielbicielom przyjemnego popu i fanom indie.
najogolniej rzecz ujmujac, to wiekszosc numerow tutaj jest oparta na tym samym schemacie – wysmakowany pop, nierzadko w tempie rodem z dyskoteki dla eleganckich czterdziestolatkow typu Cristal we Wrzeszczu. funkujacy bass, jakies echa world music, ejtisowe uderzenie perkusji. a nad tym wszystkim charakterystyczny, zbolalo-rozmarzony glos Ferry’ego. ale o ile wiecej kozactwa w tym jest niz u takiego Henley’a. David Bowie w tym okresie popelnial bardzo podobne rzeczy, ale akurat tego pana warto pamietac dla zupelnie innych dzwiekow. a Ferry czuje sie w takim klimacie jak ryba w wodzie.
wspomnielismy o wysmakowaniu. ta plyta BRZMI. kapitalna produkcja Patricka Leonarda. no i jak juz wczoraj wspominalismy, solowe plyty dla niegdysiejszych liderow wielkich kapel to okazja, by zaprosic do studia wszystkich ktorych maja w komorkach telefonu. Ferry nie mogl byc gorszy, wiec lista plac na tej plycie to jakies 30 nazwisk, z czego wyrozniaja sie najbardziej Johnny Marr (indie instytucja – The Smiths, Modest Mouse, The Cribs, tutaj wspolpopelnil jeden numer – „The Right Stuff”), David Gilmour (Pink Floyd oczywiscie) i ich (w sensie gilmoura i ferryego) wspolny znajomy z projektow Guy Pratt. chociaz najwieksze wrazenie na plycie robi minimalistyczna w brzmieniu, przeurocza balladka „Zamba”. choc i tytulowy numer, za sprawa skrzypeczek i francuskiego klimatu, robi wrazenie.
parafrazujac janka pospieszalskiego – „Warto posluchac”.
najlepszy moment: ZAMBA
ocena: 7,5/10

