rageman.pl
Muzyka

Anita Lipnicka & John Porter – Nieprzyzwoite Piosenki

rok wydania: 2003

wydawca: Pomaton EMI

 

„Nieprzyzwoite piosenki”? eeeee, chyba o Anal Cunt nie slyszeli.

dzis nawiazemy do wczorajszej notki o Cohenie. czemuz to? poniewaz wydaje mi sie, ze pewna inspiracja dla duetu Porter & Lipnicka bylo to, co dzieje sie u Cohena na plytach. tak to brzmi przynajmniej tutaj. choc same barwy glosow przywoluja skojarzenia typu Nick Cave czy Sinead O Connor. ale to luzne skojarzenia. w koncu nie mowimy tutaj o debiutantach stylizujacych sie na swych idoli, ale starych wyjadaczy polskiego szoubizu.

niby bylo tak, ze to co mialo byc goscinnym wystepem Lipnickiej na kolejnej plycie Portera przerodzilo sie w trwala wspolprace obejmujaca kilka plyt. a takze „wspolprace” poza studiem. no i w sukces komercyjny. ten ostatni cieszy, bo JOhn Porter jest jednym z bardziej niedocenianych postaci polskiej sceny muzycznej. historyczne plyty, wazne projekty, no troszke kurde legenda. legenda, ktora podobnie jak np Brylu jakos niespecjalnie mogla sie odnalezc w postprlowskiej muzyce. pomoc na wybicie sie przyszlo z totalnie nieoczekiwanej strony, bo od bylej wokalistki jednego z najpopularniejych polskich muzycznych potworow lat 90tych – Varius Manx. efekt byl taki, ze Porter nagral najlepsza plyte pod wzgledem komercyjnym, a Lipnicka pod wzgledem artystycznym.

mozna oczywiscie narzekac, ze ta plyta jest do bolu monotematyczna. wszedzie ta Milosc – w glosach,w  tekstach, w aranzacjach. milosna masakra. i nie chodzi tylko o love miedzy porterem a lipnicka – tez jest o milosci do bylych partnerow, do swiata, do przyjaciol… ej, no piekna sprawa przeciez ta Milosc, czy nie? tak slyszalem przynajmniej. wiec skoro tak im w sercach gralo, to czemu mieliby o tym nie spiewac? piosenki zreszta zdaja test na autentycznosc –  wyrachowania nie slychac.

zreszta, mimo takich a nie innych tekstow muzycznie nie zawsze jest slodko. w takim „Learning (how to fall)” aranzacja niby ta sama jak w pozostalych 13 piosenkach – akustyczna gitara portera, jakies skrzypki, pianino, przeszkadzajki. ale nastroj mrocznawy jak u nicka cave, spotegowana zreszta przez podobna barwe glosu portera. o to, by muzycznie nie bylo zbyt slodko zadbal zreszta porter, autor 10 kompozycji. naprawde, ciezko mu zarzucic by popelnij tutaj jakas muzyczna zdrade.

choc akurat zdecydowanie najcudniejszym numerem tutaj jest w calosc autorski numer Lipnickiej „Strange Bird”. gosh, plakanie przy muzyce naprawde lekko traci zenada, ale ta piosenka totalnie rozrywa serce. piosenka na parodniowy repeat na winampie. ah, gdyby kariera Lipnickiej obfitowala w wieksza ilosc takich piosenek, to bysmy mogli naprawde mowic o konkurencji dla, bo ja wiem, tori amos. afera.

wydaje mi sie, ze ta plyta w pelni wyczerpala formule i pozniejsze plyty tego projektu byly raczej niepotrzebne. natomiast samej „NP” ciezko cos zarzucic. o najbanalniejszym i jednoczesnie najpotezniejszym z uczuc bez ani grama banalu – to sztuka. az chcialby sie czlowiek zakochac, by jeszcze mocniej odczuwac ten album. ah. oh. ah. eh.

 

najlepszy moment: STRANGE BIRD

ocena: 7,5/10