Helmet – Betty
rok wydania: 1994
wydawca: Interscope
oooooooooh, jak ja lubie taki muzyczny rozpierdol.
jak juz wielokrotnie wspominalem, jestem najntisofilem. uwielbiam muzyke z tamtych lat w jej wszelakich odmianach, uwielbiam medialna otoczke tamtej muzyki (kreowanej glownie przez Mtv, wtedy jeszcze muzyczna telewizje), uwielbiam czytac biografie muzyczne dotyczace tamtych czasow i relacji panujacych miedzy gwiazdami tamtych lat (co bierze sie chyba glownie z tego, ze kiedys muzycy – nawet ci mainstreamowi – naprawde byli JACYS i posiadali magiczna rzecz zwana charyzma). ok, nie bez znaczenia jest przypadajacy na ta dekade moj okres dojrzewania, ale to naprawde nie o to chodzi.
myslac o najwazniejszych gitarowych wykonawcach tamtych lat nietrudno rzucic z automatu Nirvane, Pearl Jam, Nine Inch Nails, Oasis czy Korna. bardziej obcykani mogliby dorzucic Sonic Youth, Blur, Stone Roses czy Primusa, a ci ktorzy nie widza swiata poza metalem obrusza sie za brak Pantery i Fear Factory w tej wyliczance.
i nagle ktos z glebi sali rzucil niesmialo haslem „Helmet”… konsternacja. kto taki? co? gdzie? jak? HELMET, KURWA! zespol, bez ktorego Pantera wciaz nasladowalaby power metalowych herosow (do czego Anzelmo i spolka otwarcie sie przyznawali rozprawiajac o „Vulgar Display Of Power”), a mozliwe ze nie byloby calego groove metalu i alternatywnego rocka. NICZEGO BY NIE BYLO.
bo to wlasnie Page Hamilton z kompanami na przelomie ’80/’90, wywodzac sie z jazzowej szkoly (Hamilton studiowal jazzowa gitare) i majac za ziomkow/inspiracje takie tuzy rockowej awangardy jak Melvins, No Means No czy The Jezus Lizard, polaczyli ow inspiracje z dynamika hardcore’u i energia metalu. a ze mieli przy okazji smykalke do melodii, za sprawa dealu z majorsem (debiut wydali jeszcze w renomowanym Amphetamine Reptile Records) wyszli z tym graniem na salony muzycznego swiata. pokazujac jako jedni z pierwszych, ze metal moze miec jaja i nie powinien tapirowac wlosow, a hardcore’om ze bedac odpowiednio lebskim mozna takie pojebane granie zaproponowac masowej publice bez zdrady idealow sierpnia. i chociaz za fakt skandalicznej nieznajomosci tego zespolu jest odpowiedzialny poniekad sam Hamilton, reaktywujac po blisko dekadzie zespol z soba jako jedynym oryginalnym czlonkiem i i nagrywajac kolejne plyty prowadzace do komercyjnego i artystycznego niebytu, to nieznajomosc dokonan z poczatku lat 90tych powinna byc karalna.
„Strap It On”, „Meantime”, „Betty”. Helmetowy hattrick, swieta trojca. oficjalnie za najlepszy uchodzi ten srodkowy, ale wsrod fanow glosy juz prawdopopodobnie rozlozylyby sie po rowno. „Betty” uchodzi za ten najbardziej eksperymentalny, ale czy tak jest w istocie? na pewno jest to na swoj sposob monolit, deklaracja. to tu slychac chyba najbardziej te jazzowe korzenie – nawet jesli nie bezposrednio w graniu, to na pewno w podejsciu do materii muzycznej. czyli Chemia, brzmienie, energia wspolnego muzykowania (w tym przypadku – „lojenia”). w takim natezeniu i z tak przekonywujacym efektem, ze mozna wybaczyc mniejsza niz dotychczas przebojowosc i brak drugiego „Unsunga” (chociaz „Milquetoast” w Mtv lekko namieszal i do filmu o „Kruku” go wzieto). wiem, ze to herezja, ale naprawde slucha sie tego niczym jakiegos „Bitches Brew”. tyle ze tu za przewodnika zamiast trabki robia kapitalne riffy Hamiltona – kapitalne pod wzgledem mocy, niekoniecznie zas chwytliwosci.
choc zamiast Davisa powinno tu pasc raczej naziwsko Gillespie. bo to kompozycje jego autorstwa „Beautiful Love” biora panowie na warsztat. i efekt moze nie rozjebuje, ale chodzi o sam fakt. ile znacie majorsowych wykonawcow spod znaku ciezkiego rocka, ktorzy braliby na warsztat standardy jazzowe? no wlasnie. dodajmy do tego jeszcze dziwaczne, spiewane przez basiste „The Silver Hawaiian” i zamykajace calosc „Sam Hell”, by miec pewnosc, ze oni tak piluja transowo dlatego ze tak chca, a nie bo inaczej nie potrafia.
zapomniany klasyk. czy w koncu sprawiedliwosc dziejowa go dostrzeze i odpowiednio uhonoruje?
najlepszy moment: BISCUITS FOR SMUT
ocena: 8,5/10