Lazy Hours 04
wydawca: Pomaton EMI
szkoda Patricka Swayze. ej no, „Wirujacy Seks”, przeciez! wazna skladowa mego dziecinstwa, nawet jesli zapewne obecnie go obejrzywszy parsknalbym smiechem.
dobrze, przejdzmy do meritum. dzis obczaimy skladanke, jaka wydalo polskie plemie. „Lazy Hours”. uhuhu, nie brzmi zachecajaco. no ae staralem sie podejsc bez uprzedzen. zapomniec, ze tego wypu wydawnictwa to czysty produkt wielkiej korporacji dla niedzielnych sluchaczy, ktorym nie chce sie wglebiac w muzyke, a chca by jakas im nutka w tle leciala i nie przeszkadzala zanadto. pomyslalem w ten sposob – a moze taka plyta to wlasnie dobry sposob, by kogos zachecic do wglebienia sie w swiat Muzyki? zaintryguje go pare nazw i zacznie szukac na last.fm’ie, spotifach, nawet na torrencie?
niestety, moim zdaniem nic z tego nie bedzie. nudne to dosyc. i po raz kolejny sie okazuje, ze czasem 2+2 moze dac o wiele mniej niz 4. bo przeciez naprawde niezle nazwy tu zebrano – by z trzydziestu jeden (wydawnictwo dwuplytowe to) wymienic chocby goldfrapp, morcheeba, nightmares on wax, eels czy hot chip. i nawet polska reprezentacja w postaci husky, oszibarack, kanalu audytywnego, silver rocket (z makowieckim na wokalu) i ania dabrowska nie zanizaja poziomu (a ze nikt tu nie spiewa po polsku, calosc brzmi spojnie, co pozwala na swoj sposob uwierzyc, ze z brzmieniem naszej alternatywki jest calkiem niezle). wielka krzywde zrobiono tym piosenkom i tym wykonawcom. gdybym nie znal tych wykonawcow i nie byl zakumplowany przynajmniej z czescia tych piosenek uznalbym to towarzystwo za zgraje nudziarzy. nawet tricky czy amon tobin sprawiaja wrazenie grajkow do kotleta (jedzonego na plazy i popijanego drinkiem z parasolka, rzecz jasna). ja rozumiem, chill out i te sprawy, tez czasem lubie. ale dluzszy chill out owocuje snem, a chyba nie za fajnie swiadczy o muzyce, gdy sie przy niej zasypiia, rajt? piosenki, ktore na autorskich plytach tych artystow bronia sie swietnie, czesto stanowiac idealna chwile wyciszenia, tutaj po prostu przymulaja niemilosiernie.
i z powyzszego powodu wyroznien nie bedzie. bo kazdy numer zasluguje na takowe. no ale skoro mus to mus – patrz na linijke powyzej oceny koncowej.
puenta wiec taka – o wiele rozsadniej bedzie kupic „wlasne” plyty tych muzykantow.
najlepszy moment: THE CHEMICAL BROTHERS – THE STATE WE’RE IN
ocena: 6,5/10

