Korn

rok wydania: 1998 (reedycja: 2000)
autor: Doug Small
jak juz wspomnielismy wyzej, majac do wyboru oba literackie arcydziela dotyczace historii Korna, bez wahania nalezy siegnac po to napisane przez Furmana.
co nie znaczy, ze ksiazka popelniona przez Smalla swych zalet nie ma. zacznijmy od tych zwiazanych z datami. wydana wpierw w ’98 roku, stanowila chyba jedno z pierwszych ksiazkowych omowien zjawiska Kornem zwanym. dzis oczywiscie to nie ma znaczenia, jednak mozna docenic fakt, ze pan autor trzymal reke na pulsie wspolczesnej muzyki.
nas bardziej interesuje to, co zwiazane jest z data drugiego wydania. wprawdzie ksiazka Furmana takze ujrzala swiatlo dzienne w roku milenijnym, jednak tam historia konczyla sie na rozdaniu nagrod MTV z ’99 roku i triumfie klipu do „Freak On A Leash”. Small zdazyl uchwycic moment wydania czwartego albumu zespolu – „Issues” – i zwiazane z tym poboczne wydarzenia. czyli calkiem sporo. jest nawet wzmianka o pierwszym polskim koncercie amerykanow w czerwcu ’00 roku.
no wlasnie, skoro mowa o polskim akcencie. otoz przekladu na polski dokonal sam Bartek Koziczynski. co gwarantuje przezajebista lekkosc lektury calosci. co wiecej, wzbogacil on calosc o fragmenty wywiadow swej macierzystej gazety – „Tylko Rocka” (aktualnie „Teraz Rock”) – z amerykanskimi liderami nu metalu. git.
z drugiej strony – w kontekscie powyzszego tym bardziej raza bledy, jakich w „Kornie” pare sie pojawilo. moze nie chodzi o rozmijanie sie z faktami, co lekcewazace ich traktowanie. Smallowi zdaza sie zapomniec wspomniec o tym (a Koziczynskiemu tego nie skorygowac), ze np. B-Real koniec koncow nie wystapil na „Follow The Leader”.
nie trzeba dodawac tego, ze chocby z braku racji bardziej rzeczowego omowienia tworczosci Korna Small takze nie sprawia wrazenia bycia ekspertem muzycznym. zreszta, czego mozna oczekiwac od okolo 60-stronicowej ksiazeczki, napisanej byczym drukiem, gdzie polowe zawartosci to zdjecia? okej – fajne, a ze wzgledu na format A4 ksiazki to tym milsze w odbiorze, ale jednak. w roku 2010 to mozna to dzielo traktowac wylacznie jako kolekcjonerski gadzet i nic wiecej.
tyle jesli chodzi o to, co popelnili Small i Furman. a co z samym Kornem i jego obrazem wylaniajacym sie z obu ksiazek? do tego, ze panowie wynalezli wlasny styl muzyczny nalezy dodac takze jeszcze jeden pozytyw ich kariery. laczacy ich mentalnie z kolesiem z Polski, co sie Zeromski nazywal. a mowa o pracy u podstaw. o mozolnym zdobywaniu szacunku i uwielbienia fanow w najlepszy z nielicznie dostepnych sposobow – czyli wiecznym koncertowaniu, supportowaniu wszystkich – od stylistycznie pokrewnych Primusa czy Biohazard, poprzez Sick Of It All i House Of Pain, ktorych baza fanow zdecydowanie nie sugeruje przychylnego przyjecia propozycji Korna, konczac na uznanych markach pokroju Ozzy’ego, Metalliki oraz Kiss. warte odnotowania jest to, ze pierwsze sprzedazowe sukcesy debiutanckiej plyty pojawily sie na dluuugo po jej wydaniu, po setkach koncertow jakie zespol zdazyl zagrac w miedzyczasie zagrac. debiut „Life Is Peachy” w pierwszej dziesiatce Billboardu to efekt tej mozolnej pracy zespolu, a nie promocyjnych dzialan wytworni (takowe pojawily sie tak naprawde dopiero przy „Follow The Leader”, kiedy szefostwo Sony naprawde uwierzylo, ze jakies profity z tej kapeli moga byc). zreszta, wlasna wytwornia to jeden z nielicznych sprzymierzencow, jakiego udalo sie Davisowi i spolce odnalezc przez te pierwsze lata (a moze i w przeciagu calej kariery). niemetalowa krytyka muzyczna raczej niespecjalnie dala sie przekonac do kornowych dzwiekow (dopiero na wysokosci „Follow The Leader” paru recenzentow sie ocknelo, nawet Pitchfork taki), a i z kolegami po fachu bywalo roznie. ostry namechecking tu odchodzi, i to w przewaznie negatywnym kontekscie. co ciekawe, spora czesc antagonistow Korna wywodzi sie z tych zespolow, ktore wczesniej supportowali. Mustaine z Megadeth ich pouczal, Dino z Fear Factory oskarzal i grozil, Marilyn Manson kazal Jonathanowi ssac wlasnego fiuta, a inna pani Manson – liderujaca w Garbage – nie dala sie poderwac Fieldy’emu na wyjatkowej urody breloczek.
inna sprawa, ze trudno traktowac ludzi skladajacych sie na kapele Korn za szczegolnie powazne jednostki. i nie chodzi nawet fakt o permanentnej alkoholizacji, jaka odbywaja na trasach (i poza nimi) (zreszta, to bylaby hipokryzja mode on, hah). tak sobie mysle, ze to raczej nie przypadek, ze np Sonic Youth czy Aphex Twin nie mowia o swych fanach per „dzieciaki”. nie ma tez z tym wspolnego fakt „metalowosci”, bo nie slyszalem o wielu fanach meshuggah, cynica czy innego at the gates w wieku licealnym. zreszta, dobrze oddaje istote rzeczy sam Davis, ktory bez ogrodek przyznaje, ze numery pokroju „K@#$” czy „All In The Family” powstaly dla „dzieciakow, ktore jaraja sie kazdym bluzgiem zawartym w piosence”. no pamietam, sam kiedyz ostro doznawalem przy zawartosci tekstow „Albooomu” Liroya. ale, na Boga, termin doznawalnosci takich piosenek/plyt mija wraz z wkroczeniem w wiek licealny. szkoda ze juz nigdy pozniej Korn nie zrobil niczego, by poszerzyc swa baze fanow o bardziej ogarnietych i dojrzalszych fanow.
najlepszy moment: jak wyżej
ocena: 6,5/10