rageman.pl
Muzyka

Karma To Burn – Karma To Burn

rok wydania: 1997

wydawca: Roadrunner

 

W ramach przerwy w rozgrywkach Euro 2012 wracamy na stare, muzyczne śmiecie.

Choć wspomniane było, że Roadrunner dał światu sporo fajowej muzyki, to mimo to nie uniknął też sporej krytyki. I co ciekawe, przeważnie od artystów którzy dla tej wytwórni nagrywali. Często padał zarzut, że niby label niezależny (a przynajmniej do czasu, kiedy parę lat temu przejął go Warner), ale o mentalności majorsowej, nastawionej przede wszystkim na zysk. I chyba jest coś na rzeczy. Parę lat temu czytałem wywiad z Monte Connerem, A&R’em wytwórni, który otwarcie przyznał, że np kapel z kręgu stoner rockmetalowego podpisywać nie będzie, bo nie ma z tego zysku. Nie wspomniał, że osobiście się o tym przekonał na przykładzie Karmy To Burn, naszych dzisiejszych bohaterów. Nie wiem, jakie mieli włodarze RR oczekiwania wobec tej sympatycznej kapeli, jedno trzeba na pewno przyznać – drugi Kyuss z nich nie wyrósł.

Rzecz w tym, że sam zespół takowych zamiarów nie miał, by przejąć stonerowy tron po Homme i spółce. Grzali sobie instrumentalnie po garażach i małych knajpach, kiedy przyuważyli ich ludzie z Roadrunnera i z marszu niemal zaproponowali kontrakt. Kto by odmówił? Nawet spaleni stonerowcy nie byli w stanie się oprzeć wizji ładnie wydanej płyty na każdej półce sklepu muzycznego. Jednak już po złożeniu podpisu na cyrografie okazało się, że bez kompromisów się nie będzie. A konkretnie jednego – otóż wytwórnia nakazała dokoptować do składu wokalistę. Panowie sięgnęli po ziomka z dzielni, co fundamentalnie wpłynęło na kształt debiutanckiego albumu.

Bo generalnie mamy tu do czynienia z dwoma, skrajnie różnymi obliczami K2B. Niczym zaskakującym nie jest, że zdecydowanie lepiej wypada to instrumentalne, choć jest ono w zdecydowanej mniejszości na płycie. Ale dopiero tutaj panowie nabierają prawdziwego wigoru, popuszczają wodze fantazji w pełni. O tyle mnie dziwi ta opinia, bo generalnie jestem raczej fanem piosenkowości, objawiającej się m.in. w obowiązkowej obecności wokalu.

No i jest jeszcze materiał z liniami wokalnymi. I tu pojawia się lekki problem. Choć generalnie nie są to złe piosenki, to dwa aspekty rzutują na ich słabszy wydźwięk. Po pierwsze – J. Jarosz, mimo iż jest naszym rodakiem a o takowych źle nie wypada mówić, jest kiepskim wokalistą. Większość wokaliz zlewa się w jedno, bez większego różnicowania w obrębie piosenek. Ponadto często przepuszczone są one przez efekty – czyżby maskowanie niedoskonałości technicznych?

Jeśli już pan Jarosz zaśpiewa coś czystym głosem, to się okazuje, że ma przodków w rodzinie zarówno Layne Staley’a, jak i Chrisa Cornella. Szczególnie to drugie podobieństwo intryguje, bo zestawione z black sabbathowymi niemal riffami i swoistym „zakręceniem” brzmi jak wyjęte wsprost z płyt Soundgaren. Najlepszy przykład: „Bobbi, Bobbi, Bobbi – I’m Not God” (gdzie przy okazji pojawia się żeński śpiew.Ale takich dowodów jest tu od groma. Kto by pomyślał, że Soundgarden grał stoner metal! A co więcej – że ma on coś wspólnego z Joy Division, których melancholię słychać w partiach niektórych gitar, przede wszystkim zaś – co ocziwste – w coverze „Twenty Hours People”.

Godne polecenia, nawet jeśli ma się świadomość, że ta drużyna mogła wypaść o wiele lepiej.

 

najlepszy moment: TWENTY FOUR HOURS

ocena: 7,5/10

Leave a Reply