rageman.pl
Muzyka

Amen – Amen

rok wydania: 1999

wydawca: Roadrunner

 

Wytwórnia Roadrunner dała nam trochę tych fajnych płyt metalowych, nieprawdaż? Oczywiście mowa o dyskografiach Fear Factory czy Sepultury, ale warto też poszukać głębiej. Nie każda niestety kapela współpracująca z amerykańskim labelem miała tyle szczęścia by stać się jej sztandarowym bandem, choć niewątpliwie zasługiwała na poświęcenie jej większej uwagi. Do takich kapel, obok omawianego ostatnio Shelter, należał też Amen.

Ten zespół stanowi też idealny przykład na to, jak zadając się z niewłaściwymi ludźmi, także w niewłaściwym czasie, można skopać sobie karierę niemal na dzień dobry. Choć Amen powstał na początku lat 90tych, zwrócił uwagę świata dopiero w ’99 roku. Pamiętnym roku, kiedy numetalowe szaleństwo osiągało apogeum, a płyty Korna i Limp Bizkit lądowały na 1 miejscu Billboardu. Trudno więc, by kapela wydająca w tym roku płytę w czołowym dla gatunku labelu, wyprodukowaną przez człowieka uchodzącego za ojca chrzestnego numetalowego brzmienia, na dodatek jeżdżąca z reprezentującymi to brzmienie kapelami w trasy (już nawet nie wspominam, że członkowie kapeli wspomogli Vanillę Ice w jego numetalowym comebacku) nie została z automatu wrzucona do tej samej szufladki.

I to był, jak to mawia Janek Tomaszewski, wielbłąd. Bo muzyka zawarta na „Amen” to w pierwszej kolejności hardcore punkowe grzanie. Owszem, może tu i ówdzie rozcieńczone numetalem, ale nie bądźmy tacy małostkowi i dostrzeżmy, że Amen generuje na tym albumie energię praktycznie niespotykaną na płytach wydawanych przez duże wytwórnie. Nie wiem, co obrońcy hardkoru sądzą o tej płycie i w sumie mało mnie to obchodzi – ja tu słyszę Black Flag, Minor Threat, a może nawet i The Stooges na metalowych sterydach. Dotyczy to także, a może przede wszystkim, osoby masterminda projektu, Chasey Chaosa – zarówno jego obłąkanego krzyku (choć momentami wdziera się „rozedrgany” wokal a’la Jello Biafra), jak i zachowania scenicznego (polecam klipy koncertowe na youtube – chłopak przywołuje czasy, kiedy nadekspresja wokalistów rockowych mogła kończyć się nawet rozlewem krwi). Warto podkreślić, że chłopak jest równie zwichrowany psychicznie, co utalentowany – poza partiami perkusji odpowiada za całą instrumentację płyty.

Przy niemal zerowej przebojowości tej płyty trudno cokolwiek wyróżnić. Całość to pocisk od początku do samego końca (łącznie z 4 bonusowymi trackami dodanymi do reedycji). Z niemal perfekcyjną introdukcją w postaci singlowego „Coma America”. Nawet jeśli momentami wdziera się coś na kształt melodii (prechorusy najbliższego numetalowi”Everything Is Untrue”, w sumie cały „Private”), to w kontekście całości ma się wrażenie, jakby te fragmenty zaplątały się tu przypadkiem. Dawka ekstremy na granicy akceptowalności, podkręcana jeszcze przez trademarkową produkcję Robinsona (słychać w niej patenty rodem z płyt Korna, ale jednak „Amen” należy zaliczyć do mniej typowych produkcji tego pana, jak te popełnione dla At The Drive-In, Sepultury czy nawet The Cure). Więcej w tym czegoś na kształt doświadczenia aniżeli przyjemności odsłuchu. Tym bardziej dla Amerykanów, na których teksty płyty stanowią jeden wielki diss.

 

najlepszy moment: COMA AMERICA

ocena: 7,5/10

Leave a Reply