Stanisław Soyka – W Hołdzie Mistrzowi
wydawca: Universal
Kolejna przerwa między meczami, czasu jednak nie marnujmy i o muzyce jakiejś pomówmy.
Ja nie chcę posądzać polskich muzyków o niecne zamiary, działania tylko na pozór artystyczna, a tak naprawdę podyktowane pobudkami cokolwiek przyziemnymi. Ale fakt jest taki, że polski muzyk zarabia stosunkowo niewiele (jeśli by porównywać np z amerykańskimi kolegami po fachu), niezależnie czy gra w zespole Feel czy Kalesony Boga Wojny. Tak też jego chęć koncertowania czy wydawania płyt jest dość wzmożona – nie tylko dlatego, że to lubi, ale też dlatego, aby zarówno on jak i jego koledzy (z zespołu bądź z ekipy technicznej) mieli co regularnie do garnka włożyć. O to nie musi martwić się np taki OSTR, który działa z większą regularnością niż niejedna fabryka: co rok płyta w lutym, która zgarnie przynajmniej złoto, potem parę miechów koncertowania, dochód wyrobiony w normie. Zresztą nawet chyba Kazik gdzieś przyznał, że takie zjawisko ma miejsce- że głupio mu robić przerwy w koncertowaniu, bo ma do wyżywienia przecież cały sztab ludzi, którzy żyją z koncertowej działalności Kultu.
Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wręcz niepokojącą intensywność wydawniczą dostrzegam u Stanisława Sojki. Oczywiście gdyby moje serduszko przepełnione było wyłącznie dobrocią, to tylko cieszyłbym się, że w takim wieku Pan Staszek wykazuje się taką dużą aktywnością artystyczną. Weźmy jednak też pod uwagę, że przytłaczająca większość tych dokonań SS to covery. A te, choćby nie wiadomo jak mocno odbiegały od oryginału, o wiele łatwiej popełnić aniżeli piosenki pisane od podstaw.
Wątpliwości wzmaga też coverowany podmiot. Czy w Polsce coveruje się dziś kogoś innego niż Niemena lub Ciechowskiego? Temat mamy zatem dość oklepany, co gorsza, również w kontekście Sojki niezupełnie nowy – od lat grywa przecież numery autora „Enigmatica” na rozmaitych eventach lub koncertach.
Abstrahując już od tych wszystkich wątpliwości – sama muzyka na płycie też wywołuje mieszane uczucia. Sojka to wybitna jednostka artystyczna, która poniżej pewnego poziomu nie schodzi. I nie można tej płycie absolutnie nic zarzucić pod względem wykonawczym. Przebogactwo aranżacji pozwala rozsmakowywać się w nich setkami odsłuchów. Nie ma zatem sensu rozkładać tych 10 utworów na części pierwsze, bo moglibyśmy tak do jutra pisać. Tylko co z tego, skoro na płaszczyźnie czysto emocjonalnej pozostaję generalnie obojętny, niewzruszony. A jeśli już, to wzruszenie jest zasługą niezniszczalnego piękna tych kompozycji, aniżeli starań Sojki i spółki.
Porównywałem kiedyś Sojkę do Waitsa? Niestety, dziś bardziej stosowne byłoby przywołanie Roda Stewarta.
najlepszy moment: SEN O WARSZAWIE
ocena: 7/10
