rageman.pl
Film

Kafka dla dzieci

rok: 2022

reżyseria: Roee Rosen

 

W jednym z poprzednich wpisów wysunąłem tezę, że dobre dzieło – filmowe, literackie, jakiekolwiek – powinno się bronić bez kontekstu. I zdanie podtrzymuję, bo choć sam jestem fanem zagłębiania się w kulisy postawania, czytam biografie, wywiady z twórcami itp. itd., to służy to bardziej właśnie pogłębianiu podziwu i szacunku do dzieła, nigdy próbie polubienia danego dzieła. Innymi słowy – jeśli coś uznaję za słabe, to nie ma takiego kontekstu który zmieniłby moje zdanie. Jedynie powtórna konfrontacja z danym dziełem – przy czym staram się oddzielić zdobytą w międzyczasie wiedzę od tego co widzę i słyszę (chociaż owszem, nie jest to proste). Jak się zatem domyślacie, nie jestem fanem ostatniej słynnej wypowiedzi Olgi Tokarczuk (choć zgodzę się co do tego, że czasem rzeczywiście trzeba trochę więcej wrażliwości i życiowego doświadczenia by coś zrozumieć).

Skąd ten wstęp? Otóż nie będę ukrywał, że nie jestem wielkim ekspertem od Franza Kafki, moja znajomość ogranicza się tylko do „Procesu” i „Zamku” – i jest to znajomość którą bardzo sobie cenię. Być może gdybym znał lepiej dorobek praskiego twórcy, to zupełnie inaczej odebrałbym film „Kafka dla dzieci”. Ale nie znam i jest to dla mnie jeden z najbardziej pretensjonalnych gniotów jakie widziałem.

Bo wiecie, ja naprawdę jestem życzliwy jeśli chodzi o ocenę sztuki. Zauważyliście że rzadko kiedy oceny tutaj schodzą poniżej 7/10? Na filmwebie też nie mam serca dać filmowi mniej niż 7, co oznacza że każdy obejrzany film uznaję przynajmniej za dobry. Wychodzę z założenia, że każde dzieło sztuki jest efektem świadomych decyzji twórcy, który dokładnie w taki sposób chciał się wypowiedzieć. I nawet wieloletnia praca w branży muzycznej i znajomość backgroundu powstawania „arcydzieł” królujących w radiu i streamingu tej wiary nie zagmatwało. I kim ja jestem, by nieżyczliwie oceniać twór Artysty, który łzy wylał, żyły wypruł, emocje przelał, byle tylko mi pokazać to dzieło? To ja powinienem się dostosować do dzieła, nie dzieło do mnie.

I ja nie przeczę, że „Kafka dla dzieci” jest dziełem takim, jakim wymyślił go sobie pochodzący z Izraela Roee Rosen. Ale co z tego, skoro oglądanie go sprawiało mi fizyczny ból. I naprawdę nie chodzi mi tutaj o jebaną zazdrość, żeś sobie płytę z kolegami nagrał…. Wróć. Nie chodzi o to, że film jest przegięty do granic możliwości, oderwany od rzeczywistości, formalnie skrajny. Ostatnio coraz bardziej lubię kino typu „slice of life”, ale jestem chowany na Lynchu, który jak wiadomo nic sobie nie robi z logiki w filmach i osadzenia w rzeczywistości. Powiem więcej – i będzie to jedyny komplement w stronę tego filmu – że jest on rzeczywiście wizualnie frapujący. Być może bez fonii robiłby o wiele lepsze wrażenia.

No ale jest ta fonia. A tam – mnóstwo przegadania, bełkotu, artystycznego pierdolenia (sorr za dosłowność). OK, na papierze nie wypada to źle, zresztą synopsis – czyli opowiadanie o „Przemianie” i twórczości Kafki w formie programu dla dzieci – był tym co zachęciło mnie do pójścia do kina. Ale czemu w praktyce okazało sie to tak nieprzyswajalne, odpychające, męczące – nie wiem. To jest dokładnie ten obszar sztuki, przy którym moja dresiarska część osobowości chce krzyknąć do znajdujących się tam twórców by się wzięli za normalną, pożyteczną dla ludzkości robotę, nieroby pierdolone.

I tak, jestem w stanie uwierzyć że zwyczajnie tego filmu nie zrozumiałem. Jestem skromnym chłopakiem, wiem że jest mnóstwo ludzi inteligentniejszych ode mnie, a przy tym też bardziej oczytanych i z szerszą wiedzą filmową. Nie będę ośmieszał się jakimiś obiektywnymi werdyktami. Zatem krótko – jeśli tak jak ja lubisz proste, uczciwe, szczere rzeczy nie silące się na nic, to trzymaj się od „Kafki dla dzieci” z daleka.

 

najlepszy moment: jest jedna scena pod koniec filmu która przez pierwsze sekundy dawała nadzieję, że oto nagle spojrzę na film z zupełnie innej perspektywy która mnie olśni… ale nieeeeeee, chuja tam, potem było jeszcze gorzej

ocena: 4/10

Leave a Reply