Pięć diabłów
reżyseria: Léa Mysius
Co się składa na DOBRY film? Każdy ma zapewne swoją definicję, ale jeśli pytacie o moją – jest to koniunkcja wysokiej jakości takich elementów jak: historia (w tym jej oryginalność, jak i ładunek emocjonalny), aktorstwo, ścieżka dźwiękowa i coś, co szeroko ujmijmy jako „wygląd” – w tym zdjęcia, montaż, scenografia.
I powiem Wam już na wstępie, że „Pięć diabłów” ma to wszystko. Koniec wywodu, możecie się rozejść i czekać aż film wejdzie do kin.
„Rozwiń myśl, cwaniaku!” – krzyknął ktoś z trzeciego rzędu, a że nie lubię mówić A nie powiedziawszy też B, zatem rozwijam myśl dla dociekliwych.
Przede wszystkim historia, postaram się nie spoilerować. Pierwsza scena filmu – wielki ogień, widzimy kilka żeńskich postaci stojących do nas tyłem. Mająć w pamięci tytuł filmu pierwsze skojarzenie – może jakieś wiedźmy, tajemnicy szabat czy coś? Jedna z postaci się do nas odwraca (to ten kadr, który widać na plakacie). Co wyraża ta twarz? Przerażenie? Zaskoczenie? Smutek? Szybkie cięcie, widzimy małą Vicky budzącą się ze snu.
Vicky zamieszkuje domek w małej francuskiej miejscowości/wsi razem z rodzicami. Ona jest trenerką pływania, on strażakiem. Od pierwszych kadrów widać że ewidentnie brak tu chemii małżeńskiej, ale na ten moment my skupiamy się na Vicky i Jej niezwykłych talentach. Otóż Vicky ma nieprzeciętny węch, będąc w stanie rozpoznać nie tylko zapach na odległość nieosiągalną dla człowieka, ale i rozpoznać każdy składnik tego zapachu. Więcej – jest w stanie odwzorować te zapachy, a nawet trzyma je w słoiczkach. I kiedy pewnego dnia do rodziny przyjeżdża długo nie widziana siostra ojca, Vicky także Jej zapach jest w stanie „zakonserwować”. Przy czym ten akurat zapach będzie miał na Vicky wyjątkowy wpływ.
Zaintrygowani? To może dodam, że później jest jeszcze ciekawiej, plot twist goni plot twist, a emocjonalny rollercoaster prowadzi nas przez wszystkie nastroje i gatunki filmowe. Jest tu dramat, jest tu komedia, jest tu thriller, horror, może nawet i musical jakby się uprzeć. Jest perfekcyjne rozwikływanie intrygi, godne „Mulholland Drive”.
Jest tu BOŻE-JAK-FANTASTYCZNIE-GRAJĄCA Adèle Exarchopoulos, której nazwiska nie zapamiętam pewnie nigdy, ale ważne by Akademia rozdająca Oscary zapamiętało, bo prędzej czy później Ją nagrodzą, nie ma innej opcji. Jest fantastyczna muzyka – moja Narzeczona, wbrew nakazowi wyłączenia komórek, co chwilę odpalała Shazama i przypuszczam że nie tylko Ona. Mnóstwo rarytasów muzycznych, a wśród nich perła w postaci „Total Eclipse Of The Heart” Bonnie Tyler, która – jestem o tym przekonany – powstała po to by zostać umieszczonym w tym filmie.
Jeśli to wszystko nie składa się na fenomenalny film, to ja nie wiem co nim jest. Mój faworyt Nowych Horyzontów.
najlepszy moment: tu wyróżnić jest łatwiej – scena karaoke to emocjonalny wulkan, przepięknie zobrazowany
ocena: 9,25/10
