rageman.pl
Muzyka

Justin Timberlake

gdzie: PGE Narodowy, Warszawa

kto: Justin Timberlake

No proszę. Przyznam, że w moich przewidywaniach na to kto jeszcze mógłby wypełnić Stadion Narodowy tego koncertu akurat nie było.

Ale to z prostego powodu – bo dopiero co (mniej niż rok temu!) Justin zagrał koncert w Tauron Arenie. Faktem że dwa machnął, z nienajgorszą sprzedażą, ale żeby od razu Narodowy? Chociaż teraz to już nawet 50 Centa i Jennifer Lopez tam zaprosili, tak więc…

Nie ma co robić przydługiego wstępniaka podsumowującego kontekst wydarzenia i jaki jest aktualny status gwiazdy wieczoru, bo zrobiłem to już tutaj. Teoretycznie to wciąż była trasa promująca ostatni album, „Everything I Thought It Was”, ale tylko w teorii. Bo w praktyce to był po prostu koncert typu Greatest Hits. Dość powiedzieć, że z jedenastu nowych tracków w setliście ostały się tylko trzy (na szczęście uchował się cudny „Selfish”). Ale zmian było dużo więcej i muszę przyznać, że dosyć zaskakujących.

„Mirrors”, który kończył koncert w Krakowie (a przynajmniej ten na którym byłem) już na wstępie? Brak „Say Something” (w tym momencie „Man of the Woods” nie miałw setliście już żadnego reprezentanta!). Zresztą, tym razem JT w ogóle się nie patyczkował i hity odpalał już od samego początku, bo po „Mirrors” wyprowadził drugi cios w postaci „Cry Me a River”. Zmieścił za to w setliście cudzesy w którym występował, jak np. „Holy Grail” Jay’a-Z (inna sprawa, że głównie  formie snippetów lub medleya. Oczywiście żelaznej klasyki zabraknąć, a najwspanialszy (według niżej podpisanego „SexyBack”) tradycyjnie zamykał set właściwy.

Przede wszystkim jednak był to zgoła inny koncert wizualnie. I muszę przyznać tutaj, że do pewnego stopnia rozumiem głosy rozczarowania pojawiające się tu i ówdzie, zwłaszcza od tych którzy widzieli koncerty krakowskie. Bo owszem, stadion ma swoje ograniczenia (zwłaszcza Narodowy – Dźwięk niestety jak zwykle poległ). Ale jednak otwiera sporo nowych możliwości, których Timberlake, co tu dużo mówić, chyba zwyczajnie nie wykorzystał. To po prostu była scena i muzycy (zresztą wspaniali, ale do tego już JT nas przyzwyczaił) na niej grający. Żadnych latających platform, żadnej pomniejszej sceny na akustyczny set, nawet wizualizacje jak na standardy Narodowego dosyć skromne. Oczywiście ktoś powie że to dodatek, najważniejsza jest Muzyka. I będzie mieć rację. Ale mimo wszystko płacąc niemałe pieniądze oczekujesz także Show – i nie wymaga się już tego od muzyków popowych, wystarczy wspomnieć Metallikę czy, mam nadzieję, AC/DC w przyszłym tygodniu. No i dodajmy do tego, że całość trwała niecałe półtorej godziny. Nie abym dał się za to pokroić bo pamięć już nie ta, ale o ile pamiętam w Krakowie to były bite dwie godziny.

To nie był zły koncert, wręcz przeciwnie. Po raz kolejny JT udowodnił, że nawet jeśli już nie rozdaje kart w pop-grze, to wciąż należy mu się miejsce w muzycznej ekstraklasie i z całego serca życzę mu, by w końcu nagrał album który będzie można postawić obok „Justified” czy „Futuresex/Lovesounds”. Ale tak jak miałem wrażenie, że na etapie ubiegłorocznej części trasy próbował coś udowodnić, tak teraz już trochę odpuścił.

najlepszy moment: najchętniej znów bym wybrał SEXYBACK, ale dla odmiany niech będzie LIKE I LOVE YOU

ocena: 7,5/10

Leave a Reply