rageman.pl
Muzyka

Alanis Morissette

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: Alanis Morissette, Zalia

Spodziewajcie się sporej ilości wpisów w nadchodzących dniach, ponieważ sezon koncertowy zaczął się w pełni i nie zamierzam mu odpuścić po zimowo-wiosennej posusze.

Dzisiejszy wpis dotyczy jednak koncertu dość wyjątkowego, z dwóch powodów. Po pierwsze, mówimy o występie Artystki dość dla mnie ważnej, której muzyka towarzyszy mi od lat nastoletnich. Może też nie był to nigdy poziom, dajmy na to, Bjork czy Tori Amos, niemniej piosenki z „Jagged Little Pill” wciąż znam na pamięć, to mój soundtrack drugiej połowy lat 90-tych. Drugi, być może jeszcze istotniejszy kontekst – to był pierwszy raz, kiedy Kanadyjka zawitała nad Wisłę! Jak to możliwe? Nikt tego nie wie. Sam ten koncert miał się odbyć już kilka lat temu, w tym miejscu oczywiście pozdrawiamy koronawirusa. Ale doczekaliśmy się i chyba nikt z partycypujących nie miał wątpliwości, że warto było czekać.

A przecież, powiedzmy sobie szczerze, nie gościliśmy Artystki będącej u szczyty kariery. Wręcz przeciwnie – peak artystyczny, a zwłaszcza komercyjny, w przypadku kariery Alanis można wskazać bez cienia wątpliwości i mówimy o momencie odległym o już trzy dekady. Oczywiście jest ona wciąż aktywna zawodowo – akurat tak się złożyło że miałem przyjemność pracować przy ostatniej (a gdyby liczyć dziwaczny „The Storm Before the Calm” z muzyką medytacyjną to nawet przy dwóch) płycie Artystki, wydanej po 8 latach przerwy „Such Pretty Forks in the Road”, gdy po latach wydawania w Warnerze (a konkretnie w labelu Madonny, Mavericku) przeszła na swoje, z dystrybucją w Sony Music. I jest to kawał naprawdę pięknej, a momentami nawet i przebojowej muzyki. Ale ile ludzi faktycznie wie o tym? To już inna, niestety mniej optymistyczna historia.

Ale też trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Alanis jest w pełni świadoma, a nawet i pogodzona z tym stanem rzeczy. Ktoś powie że żeruje na przeszłości, a konkretnie na tym jednym, debiutanckim albumie – rocznicowe trasy, adaptacje teatralne, etc. Dość powiedzieć, że na Torwarze wybrzmiało 10 z 12 utworów zawartych na albumie. A jeśli pobawić się dalej w statystyki i uwzględnić fakt, że na 25 zagranych piosenek sporo było zaprezentowanych w formie snippetów, z czego żaden z nich nie pochodził z debiutu, to wychodzi na to że przez jakąś połowę koncertu obcowaliśmy z dźwiękami z „Jagged Little Pill”. Trudno więc dziwić się tym, dla których ten koncert był wycieczką w przeszłość, do czasów MTV i plakatów z Bravo.

I być może dla samej Alanis też. W ramach intro na telebimach wyświetlił się krótki filmik z Alanis w roli głównej – a konkretnie kolaż archiwalnych materiałów. Nic w sumie nowego, nieraz sam taki patent widziałem, choćby na Panterze. Ale też nie był to zlepek typu homevideo, z backstage’u czy koncertów – sporo tam było np. fragmentów z rozdań nagród muzycznych czy innych momentów z historii popkultury, gdzie Alanis odgrywała główną rolę. Nie do końca był to więc film z przekazem „zapraszam Was do mojego świata”, co bardziej „zobaczcie jaka jestem ważna”. Ale też – czy było to przekłamanie? Nie, bo Alanis JEST ważna, a był czas kiedy była jedną z najważniejszych w kategorii „female alternative”. I trzeba o tym pamiętać.

Przede wszystkim jednak – JEST WCIĄŻ w formie. W sieci pojawiły się nawet wątpliwości czy aby na pewno nie wspomogła się taśmą. Jeśli nie – a wierzę że tak rzeczywiście było – to nic tylko kłaniać się w pas. Nie to abyśmy mówili o kimś, u kogo tego typu praktyki są regułą – choć Alanis debiutowała 30 lat temu (prawie że równo co do dnia – „Jagged Little Pill” wyszedł 13-ego czerwca ’95), to miała zaledwie 21 lat, więc jak łatwo policzyć jest w kategorii wiekowej w której struny głosowe nie rozsypują się ze starości. Ale żyjemy w czasach, gdzie backtracki są czymś naturalnym także dla najmłodszej generacji artystów, więc trzeba docenić ten wymierający gatunek artystów, dla których koncert to szansa pokazania pełni swoich umiejętności, a nie tylko okazją do wydojenia fanów z kasy, bo płyt nie chcą kupować. Przy czym formie wokalnej towarzyszyła forma fizyczna – od tych wszystkich piruetów, wirowania czy rzucania się po scenie aż sam dostałem choroby morskiej. Na wizualizacjach w jednym z utworów było widać Alanis z jakiegoś starego koncertu, gdzie odstawiała wręcz plemienny taniec. W większości przypadków takie widoki są miłym wspomnieniem czasów młodości i młodzieńczego wigoru – tymczasem tutaj można było odnieść wrażenie że dziś rzuca ją po scenie jeszcze bardziej! Coś wspaniałego.

O setliście zdominowanej przez materiał z debiutu de facto już wspomnieliśmy, ale warto wspomnieć o piosenkach spoza tego albumu. Fajnie było usłyszeć „Reasons I Drink” i „Smiling” ze wspomnianej ostatniej płyty. Ucieszyłem się słysząc „Hands Clean”, bo to nie tylko mój ukochany fragment twórczości „post-JaggedLittlePillowej”, ale w ogóle jedna z ulubionych piosenek Kanadyjki. Największą jednak reprezentację, poza „JLP”, miał drugi album, czyli „Supposed Former Infatuation Junkie”. I to piosenki z tego właśnie albumu zamknęły koncert. Najpierw potężny „Uninvited”, a potem „Thank U”, podczas którego na ekranie wyświetlały się tweety i internetowe wpisy, wszystkie odpowiadające na pytanie „za co jesteś wdzięczny/a”. Można było zobaczyć załączone zdjęcia dzieci, rodzeństwa, rodziców, zwierzaków… Komu choć trochę się wtedy nie spociły oczy ten ma serce z kamienia. Mój ulubiony fragment wieczoru, a właściwie jeden z dwóch – bo cudnym momentem był też set akustyczny wykonany na platformie dla dźwiękowców pośrodku sali. Jeśli chodzi zaś o łyżkę dziegciu… Sam pomysł wykonania „Ironic” z fanami nie był zły, wręcz przeciwnie – a już na pewno miał sens biorąc pod uwagę, że to flagowy utwór na każdym karaoke. Ale – dlaczego fanów (konkretnie dwóch) wyciągnięto „z zaplecza”, a nie np. z publiki? Jakie były kryteria wyboru? Nie chcę wpaść w nuty ksenofobiczne, ale czy nie byłoby milszym gestem goszcząc w danym kraju zaśpiewać z „lokalsami”, a nie z jedną osobą z Indonezji a drugą z Włoch? Bo ciężko mi uwierzyć, że zrobili łapankę wśród osób które kupiły bilet na warszawski koncert i trafili akurat na najmniej liczebne mniejszości w Polsce… których na dodatek nie legitymizowały umiejętności wokalne. Dlatego dobrze że zeszły już po pierwszym refrenie.

Piękny wieczór, przesiąknięty miłością, empatią, tolerancją i równouprawnieniem. Ktoś powie – lewackimi ideałami. Ja powiem – po prostu sercem.

(wzmianka na koniec – w roli supportu wystąpiła dobrze już znana polskim słuchaczom Zalia. Przyznam, że mógł ten wybór zaskoczyć, bo mówimy jednak o bardziej popowych rejonach. Ale obronił się jak najbardziej)

najlepszy moment: THANK U

ocena: 9/10

Leave a Reply