Justin Timberlake
kto: Justin Timberlake
Trudno mi jest oprzeć się wrażeniu, że ostatnimi tygodniami w Tauron Arenie bywam częściej niż w jakimkolwiek innym miejscu (pomijając dom czy pracę). A jednak koncert Justina Timberlake’a był dla mnie dość szczególny.
Bo tak się złożyło, że kiedy na początku lipca zaczynałem pracę w Sony Music, koncert Justina był moim pierwszym „służbowym” wyjazdem – i aby było ciekawiej, to do rodzinnego Gdańska (relację można poczytać TU). Niemal równe 10 lat później Justin przyjeżdża ponownie. „Przypadek? Nie sądzę”.
Sporo się pozmieniało u mnie przez tę dekadę, ale odważę się stwierdzić że jeszcze więcej u Justina. Czy na lepsze? Dziesięć lat temu na swój pierwszy solowy koncert w Polsce (bo przecież wcześniej zdarzało mu się u nas koncertować z N Sync – swoją drogą jest w tym pewien osobliwy zbieg okoliczności, że zarówno były band Justina, jak i dzielący z nimi scenę w tamtych latach Just 5 powrócili do żywych w ostatnich miesiącach) przyjeżdżał jako jedna z największa gwiazd muzyki Pop, przez wielu nazywany „Księciem Popu” jako pełnoprawny następca tronu po Michaelu Jacksonie. Wielu wtedy się emocjonowało pojedynkiem dwóch Justinów – bohatera tego wpisu oraz Justina Biebera. Dziś można chyba uczciwie powiedzieć, że „nasz” Justin tę walkę przegrał. Jasne, wciąż walczy o topki list sprzedaży i udaje mu się w nich zaistnieć, ale w dość powszechnej opinii zarówno „Man of The Woods” jak i tegoroczny „Everything I Thought It Was” uchodzą za klapy zarówno komercyjne jak i artystyczne. O ile w przypadku pierwszego z liczbami i forecastami ciężko dyskutować, tak ten drugi aspekt mnie dziwi, bo to wciąż dość przyjemne w odsłuchu longpleje, choć rzeczywiście „Man…” mógł zaszokować tym skokiem w country (Beyonce, nie byłaś pierwsza!). A że prawie żadnych hitów z tych krążków się nie dało wykroić i ostatni wielki przebój Justin napisał w kolaboracji z filmowymi „Trollami”? Na pewno na wyniki sprzedaży ostatnich dokonań Justina miał też, nazwijmy to, nienajlepszy PR męża Jessiki Biel. Wynikający głównie z poczynań jego pierwszej partnerki, Britney Spears. Nie wchodząc w szczegóły – wydaje się, że mógł lepiej z te sytuacji wybrnąć, bo jak się okazało armia fanów Brit jest wciąż liczna i dość wpływowa.
Niestety nie tylko ten case zaciążył na wizerunku JT. Bo koncerty w Krakowie (tu mówimy o pierwszym – ale z tego co widzę na w internetach, setlista obu była identyczna), będące zarazem początkiem europejskiej trasy, zbiegły się z rozprawą sądową w związku z prowadzeniem samochodu pod tak zwanym wpływem. Czy miało to, nomen omen, wpływ na prezencję Justina na omawianym tu koncercie? Zupełnie nie. A przynajmniej nie dał po sobie poznać. Było kokietowanie publiki, było śpiewanie Sto Lat dla jednej z fanek, były też wyznania wdzięczności za to wszystko, co dzięki także nam jako uczestnikom koncertu ma – ja je odebrałem jako bardzo szczere, bo słychać było że mówi to z perspektywy osoby, która najlepsze lata jako artysta ma już chyba za sobą.
Ktoś może powiedzieć, że także wizualny aspekt koncertu odzwierciedlał aktualny status komercyjny Justina. Co nie jest do końca zgodne z prawdą – bo już dziesięć lat temu, kiedy był w ewidentnym peaku, fokusował się na graniu z live bandem, ograniczając się do dwóch telebimów. Można nawet powiedzieć, że zaliczył dość duży postęp w tej kwestii – bo tak, wciąż najważniejsze tu jest granie na żywo, w wykonaniu całej wręcz orkiestry. Ale poza statycznymi ekranami w tle mieliśmy coś, co z braku laku nazwijmy mobilnym prostopadłościanem wizualizacyjnym. Na początku zachowywał się dość skromnie – ot, wysuwał się za stojącym na wybiegu bohaterem wieczoru, generalnie odtwarzając to co reszta ekranów i wtapiając się w nie. Z czasem jednak ruszał się na wszystkie strony, obracając się wokół własnej osi, zachodząc nawet na publikę w pierwszych rzędach. Zaś na finał koncertu wjechał w pełnej okazałości w pozycji horyzontalnej, ze stojącym na nim Justinem. Co nie byłoby może niczym zaskakującym gdyby nie to, że ów telebim zaczął znów robić piruety w powietrzu – ze wciąż stojącym na nim Justinem. Nawet uwzględniając pełne zabezpieczenie do którego był poprzypinany, robiło to potężne wrażenie, ocierając się wręcz o Michaelowe moonwalki.
Ale nie był to jedyny gwóźdź programu. Bo poza tradycyjną sceną była też po przeciwległej stronie areny ustawiona mniejsza, w formie okręgu. Z niej też wykonał wiązankę utworów, przy skromniejszym instrumentarium, przy kilku utworach wspomagając się nawet gitarą akustyczną. I tu najbardziej uwypuklił się fakt, że choć za produkcję tych piosenek odpowiadają najlepsi w tej dziedzinie, z Timbalandem i Pharrellem na czele, to przede wszystkim to są piekielnie dobre melodie. Nawet ten „Say Something”, jedyny (!) utwór z „Man of the Woods” tego wieczoru.
O ile o „Man…” Justin, mogłoby się zdawać, już kompletnie zapomniał, tak materiałowi z nowego albumu zaufał kompletnie – wsadzając w setlistę aż 11 utworów. Wiadomo że musiało się to odbyć kosztem starszego repertuaru – i odbyło się, ale co ciekawe, tylko kosztem „The 20/20 Experience”. Bo selekcja z dwóch pierwszych albumów pozostała praktycznie nietknięta w stosunku do gdańskiego koncertu. Był więc pierwszy (i dla wielu wciąż najlepszy) przebój Justina „Like I Love You” niemal na samym początku koncertu. Był „My Love” z długim, wokalnym wstępem. Był „What Goes Around… Comes Around” z wstawką z „Careless Whisper”. Był wreszcie poszatkowany aranżacyjnie, ale wciąż ociekający seksem i groovem „SexyBack” na zakończenie właściwego seta – po nim był już tylko „Mirrors” i wspomniane surfowanie na telebimie. Plus, wspomniany trollowy hit, czyli „CAN’T STOP THE FEELING!”, tutaj też z cytatem – tym razem z „Good Times” Chic.
W ciekawym punkcie kariery znalazł się ten w sumie już facet, nie chłopak – nie rozdaje kart jako największy z graczy w biznesie, ani nie jest też Grammy darling i pupilkiem krytyków jak np. Beyonce. Zakręt? Raczej miejsce, z którego może już sobie pozwolić na wszystko i nie przejmować się niczym. Nawet jeśli nie był to mój koncert roku, a co dopiero życia, to zapałałem jeszcze większą sympatią do tego chło… wróć, faceta.
najlepszy moment: SEXYBACK
ocena: 8/10
