Justin Timberlake
kto: Justin Timberlake
Dobra. nie ma co się łudzić – ten blog stał się jednym z wielu , z notkami pojawiającymi się raz na miesiąc. Życie nabrało tylu nowych wymiarów i intensywności, że regularne codziennie pisanie byłoby wręcz uwstecznieniem się. Inna sprawa, że kiedy muzyka staje się Twoją pracą – do czego, nie ukrywam, całe swoje zawodowe życie dążyłem – to wieczorem chce się jednak trochę odpocząć od dźwięków. Nie wierzyłem, że kiedyś będę miał dość muzyki, ale chyba tak się trochę stało. A przynajmniej nie w całodobowej dawce. Kiedyś uciekałem do muzyki, teraz wieczory służą mi czasem temu, by od niej uciec. Czy narzekam? Bynajmniej, uwielbiam aktualny stan rzeczy!
Okej, ale nie o mnie miało być. Otóż choć pracuję przy muzyce od jej wybitnie komercyjnej, biznesowej strony, to ma to też swoje uroki. Np. wycieczki integracyjne/służbowe. Zamiast nudnych kurortów czy spotkań w biurze przy krawacie – koncerty. Skłamałbym mówiąc, że tak czy siak wylądowałbym tydzień temu na gdańskim stadionie. Szanuję Justina T. i metamorfozę którą przeszedł, jaram się niektórymi jego kawałkami (tak jak każdym popem na najwyższym poziomie), ale do uwielbienia objawiającego się wysupłaniem z kieszeni dwóch stówek za bilet (plus koszt dojazdu z Warszawy do Gdańska, a zawsze było odwrotnie, co to się porobiło…) jeszcze droga daleka. Ale nie będę też ukrywał, że jestem komercyjną szują lubującą się w dużych live produkcjach, zatem przepuścić okazję na takie show za darmoszkę byłoby lekkim „niepomyślunkiem”. No to pojechaliśmy.
O tym, co wydarzyło się między wyjazdem z Warszawy o 10.00 a wejściem na stadion przed 21.00 przeczytacie w mojej zbliżającej się wielkimi krokami książce biograficznej. Nie aby wielkie historie, ale ewidentnie nastrajające pozytywnie. Z tego też powodu odpuściłem sobie support, a przerwę między nim a gwiazdą wieczoru wykorzystałem na zajęcie odpowiedniego miejsca na płycie i obczajkę terenu. Na PGE Arenie byłem już dwukrotnie, ale po raz pierwszy ze względów muzycznych a nie sportowych. I choć de facto po raz pierwszy byłem na koncercie na tego typu obiekcie, to trochę dziwią mnie słyszane tu i ówdzie narzekania na akustykę. Serio ktoś oczekuje jakiś doznań akustycznych po stadionie? Być może mój optymizm wynika z nastawienia się na legendarne warunki rodem ze Stadionu Narodowego i pod tym kątem uważam, że naprawdę nie było na co narzekać. A może po prostu dawno nie było mnie na koncercie i nie jestem świadom, jak technologia akustyczna poszła do przodu?
Na pewno jednak na tyle ile orientuję się w tym, co w sferze wizualnej dzieje się na koncertach, nic wybitnego nie działo się pod tym względem na koncercie Justina. Ot, dwa telebimy po bokach i jeden wielki ekran centralny na wizuale, które owszem, były w kontekście gatunkowej przynależności bohatera wieczoru dość oryginalne (by nie powiedzieć – mroczne, patrz „Cry Me A River”), ale jak na nowego Króla Popu to dość mało. Nawet nie chcę porównywać do koncertów Jacko, bo byłoby to miażdzące doświadczenie dla autora „Future Sex / Love Sounds”. A przecież MJ takie koncertowe cuda wyprawiał prawie 20 lat temu! Nawet pod wcględem choreograficznym Jackson okazuje się być niedoścignionym.
Setlista? No cóż, tu może powinienem darować sobie porównania, bo dyskografię Michaela Jacksona wałkuję w całości regularnie, a Justina wyrywkowo. Jeśli jednak to był koncert typu „greatest hits”, no to dla mnie coś mało tych hitów ma na koncie. Po trzech albumach Jacko musiał ścisłą selekcję wprowadzać do setu koncertowego, a tu proszę – i na fragment z Jaya Z się znalazło miejsce, a też i na cover The Jacksons (!). Oczywiście to co obowiązkowo zabrzmieć miało to zabrzmiało – wspomniane „Cry Me A River”, „My Love”, pysznie oldskulowy „Rock Your Body”, „Seniorita”, kapitalny „Like I Love You” (Justin najlepszy był, jak mu Pharrell podkłady robił – FAKT!). Trzeba oddać, że aranżacje koncertowe tych tracków stanowiły solidną wartość dodatnią, z pełną instrumentalizacją nie pomijającą nawet sekcji dętej. Co więcej, znalazło się nawet miejsce dla kilku solówek gitarowych, a nawet perkusyjnej (!). Najciężej – tak! – a zarazem najlepiej wypadł „Sexyback”. Co dziwnym nie jest – jestem beznadziejnym fanem groov’u i sexapilu tego kawałka, na dodatek mającego potężny potencjał interpretacyjny. Nie tylko chyba ja zresztą – ewidentnie końcówka koncertu, na którą zlłożył się ten numer oraz chóralnie odśpiewany „Mirrors”, spotkała się z najbardziej żywiołową reakcją publiki. Choć cały koncert dawała ona radę – i nawet jeśli większość pogadanek Justina można potraktować jako „wyćwiczone”, to wydawało się, że gdzieś przez nie przebija się szczere wzruszenie. Niestety, wspominek o koncertach granych w Polsce z N Sync w latac 90tych razem z Just 5 nie doczekaliśmy się. A przecież wśród nich był także koncert w Trójmieście, więc okazja była idealna. Szkoda.
Idealne wymierzenie dwóch godzin grania, w kontrze do jeszcze dłuższych koncertów granych przez JT w innych krajach, każe przypuszczać, że chłopak gra dokładnie tyle, za ile mu płacą, a nie tyle ile chce. Ale obiektywnie nie ma co narzekać – to było bardzo dobrze zrealizowane show, któremu trudno cokolwiek zarzucić. Może tylko to, że – subiektywnie – ani przez moment emocje wywoływane przez ten koncert nie otarły się nawet o prawdziwe poruszenie/zaskoczenie/wzruszenie/niepotrzebne skreślić. I naprawdę już nawet abstrahując od tego Jacksona. Książe Popu? Być może. Ale chyba mamy tu casus Wielkiej Brytanii, gdzie prawdziwą władzę sprawuje płeć piękna.
