Joss Stone – Introducing Joss Stone
wydawca: Virgin
czarnoskory zostal prezydentem usa, a busha juz nie ma, hurrraaaa! z tej okazji napiszemy o kolejnej i ostatniej jak na razie plycie bialaski z anglii. ktora jest jednak baaardzo amerykanska.
„Introducing…”. wpowadzajac, przedstawiajac Joss Stone. czyli co, debiut nr 3? na to wyglada. nowa wytwornia, nowe wlosy (jako blondynka mi sie bardziej chyba podobala), calkowicie nowy sklad sidemanow. no i przede wszystkim nowa muzyka. efekt komercyjny – 2 miejsce na liscie billboardu i klapa w rodzinnym uk. warto bylo?
przewaznie takie radykalne zmiany stylistyki wiaza sie z sytuacjami, kiedy artysta czuje ze w danej konwencji muzycznej osiagnal wszystko co bylo do osiagniecia i albo konczymy kariere albo probojemy czegos nowego. vide korn czy u2. i takie sytuacje rozumiem i nawet glosno takim akcjom przyklaskuje. trudno jednak powiedziec, by pani Stone wyczerpala temat po dwoch, a moze i de facto po jednej plycie. dlatego przy takiej wolcie stylistycznej dobrze bylo dostac cos w zamian. czytaj – lepsze piosenki, bo koniec koncow to jest najwazniejsze. no niestety jak dla mnie na Introducing dobrych piosenek nie ma. a serce sie kraje, bo na papierze opis zawartosci muzycznej tej plyty – mix hiphopu, motownu z wyraznie slyszalna charyzma joss zajawiona na poprzednich plytach – wypada jak dla mnie kapitalnie. bo ja tam lubie, ze tak powiem nawiazujac do Afrojaxa, jak Murzyn bije w kokos. wiecie, hiphop non stop, te sprawy. serce mi sie raduje gdy slysze solidny beat w towarzystwie funksoulowych plasniec basem. tutaj to jest, co wiecej – za bas (jak i gitare) na calej plycie odpowiada producent calosci – miszczunio raphael saadiq. dodac do tego np fakt, ze tu i owdzie skreczuje mix master mike z beastie boys i teoretycznie powinno byc zajebiscie. a jest niestety daleko od zajebistosci.
obiecywalem sobie zwlaszcza najwiecej po piosenkach z ficzuringami. a tu, za przeproszeniem, dupa. to ze „Tell me what we’re gonna do now” z goscinnym commonem wytypowano na singiel nie dziwi, bo to rzeczywiscie lepszy fragment plyty. tym bardziej moglo byc ciekawie, bo tekst dotyczy sercowych spraw. no niestety, wyszlo lekkie „Sacrum”, jesli wiecie co mam na mysli. okej, common to zdecydowanie nie mezo, ale jednak moglo byc lepiej… a „Music” to juz zupelnie jak dla mnie porazka. zwrotka lauryn hill brzmi nie dosc ze zupelnie od czapy, to na dodatek jakby zupelnie na odpierdol sie. co moze tylko utwierdzic w przypuszczeniach, ze z forma lauryn moze rzeczywiscie byc nienajlepiej. no i jeszcze tekst – „so bring me back to the day when tape decks press play, dj drop the drop the needle til the record just break”. joss, jaja se robisz? jak niggasi rozkrecali baunsy a kasety sprawowaly rzady, to ty na kupke mowilas jeszcze papu!
no ale trzeba przyznac, ze jesli chodzi o teksty, to poszerzyly sie dziewczynie horyzonty. bo juz nie tylko o milosci jest, ale takze o ruchaniu. co owocuje tekstami typu „bring me your sugar and pour it all over me baby”. nie wyrwalem z kontekstu, naprawde duzo tu takiej poezji w podobnym duchu. dobrze ze nie mieszka dziewczyna w Polsce, bo by za te „pieprzoty” pewnie dostala paszport Polityki.
koniec koncow chyba najbardziej na plycie podoba mi sie… intro. w ktorym slychac tylko vinniego jonesa nawijajacego o zmianach. no, akurat typ ktory z futbolowego psychopaty zostal wzietym aktorem (filmy Guy’a Ritchego ogladacie, nieprawdaz?) moze cos wiedziec o zmianach. calkiem w porzo jest nastepny „Girl they won’t believe it” ze wzgledu na ciekawy beat na dwa. okej, w kategoriach „sacrumowych” spoko jest numer z Commonem. i jeszcze singlowy „Baby baby baby”, ktory traci lekkim jacksonem 5. i tyle. mam nadzieje, ze jesli Joss chce bawic sie dalej w tym klimacie, to musi wyskoczyc z jakas rewelacja i „Introducing” okaze sie pierwszymi kotami za plotami. bo inaczej moze byc slabo.
najlepszy moment: TELL ME WHAT WE’RE GONNA DO NOW (feat. Common)
ocena: 6,5/10

