Mary J. Blige – The Breakthrough
wydawca: Matriarch
jeeeeesteeeem sama na parkiecieeeee…. iiiiiiii….. arenbiiiiiiiiii!
tak sie zdarza czasem, by znalezc jakis fajny zenski wokal to trzeba luknac do glebokich otchlani mainstreamu. no i znalazlem. nie wiem czy mary jest nowa aretha franklin. ale na pewno wokal ma jak ta lala, ze tak powiem.
poza tym no coz, czlowiek zmiennym jest. wczoraj slucha klasyki i dire straits, osttanio zas znow wrocilo mi sie do murzynskiej muzy. a pewnie jutro bedzie jeszcze co innego. w kazdym badz razie jaram sie takimi wydawnictwami jak „the breakthrough”.
dziewczyna przesadza z tym przelomem. nie dosc ze to juz jej siodmy album, to na dodatek przelom komercyjny byl znacznie wczesniej. w tym kontekscie „TB” tylko utwierdza jej silna pozycje w grze. natomiast tak sie zlozylo, ze krytycy szczegolnie upodobali sobie ten album. nie wiedziec czemu. bo nic wlasciwie nowego tu nie mamy.
no ale przyjrzyjmy sie blizej. jak wiadomo, w urban muzyce tak na dobra sprawe przewaznie bywa, ze artysta firmujacy swym nazwiskiem plyte jest zaledwie wisienka na torcie, jakim jestzawartosc dzwiekowa albumu. nie inaczej jest tutaj. tzn by bylo jasne – wokal marysienki to zjawisko, a i teksty pisze nieglupie jak na mainstreamowe r’n’b („father in you” – o kurcze). ale za muzyke odpowiada sztab topowych producentow (jak chocby JUSTICE League czy 9th Wonder), a i na tym nie konczy sie lisa znanych wspolpracownikow. czesto bywa tak, ze te ficzuringi sa najciekawszym aspektem albumu. czy i tu tak jest? zobaczmy.
zacznijmy od psikusa. w dwoch trackach (singlowe „Enough Cryin” i „Gonna Breakthrough”) jako gosc specjalny widnieje ksywa Brook Lynn. czyli tak naprawde sama Mary, ktora w ten sposob nazywa swoje rapujace alter ego. zabieg niezrozumialy, bo wychodzi jej to calkiem niezle i nie ma sie czego wstydzic. rowniez w dwoch numerach („I found my everything” i bonusowy „So Lady”) wystepuje wspomniany wczoraj Raphael Saadiq. niestety to juz sa zdecydowanie slabsze fragmenty albumu. dalej mamy Will.I.Am’a z Black Eyed Peas rymuje i dodatkowo produkuje (wykorzystujac sampel z Niny Simone) „About You”. irytuje mnie troche typ, na szczescie nie ma nachalnej przebojowosci znanej z ostatnich dokonan BEP, za to jest blizej ich korzeni. totalnym rozczarowaniem jest „Can’t Hide from Luv”. numer nie jest specjalnie zly, ale jak sie widzi napis „featuring Jay-Z” to mozna sie napalic. a tu dupa – zadnej mistrzowskiej zwrotki, jeno postekiwanie w tle aranzacji. trudno nazwac tez pelnoprawnym ficzuringiem udzial 50 centa i The Game’a w „MJB da MVP”, bo to wlasciwie przerobka ichniejszego hitu „Hate It Or Love it”. sympatyczna skadinad.
zreszta to nie jedyny cover na plycie. najwiecej kontrowersji wywolal inny singiel z tej plyty – „One”. tak, ten od U2. zadna samplerska robota – cala czworka stawila sie w studiu by nagrac nowe partie instrumentalne i wokalne. choc wlasciwie Bono sie ogranicza do jednej zwrotki, oddajac pole Marysience. dla wielbicieli irlandczykow track przypuszczam ze okazal sie profanacja, a fani mary zapewne sie dziwuja skad u niej zainteresowanie rock-dziadkami. coz, jako czlowiek skazony w liceum uwielbieniem dla laczenia gitar z urban brzmieniami jestem jednak na tak. no a poza tym, kurcze no, U2, „One”, uwielbiam. i rowniez przy tej wersji mocniej pika serduszko.
moze tez gorecej sie zrobic przy „Be Without You”. niby slodycz jakiej pelno na mtv. ale smakuje wybornie i wpada w ucho natychmiastowo. zreszta wiecej tu takich udanych fragmentow. szkoda tylko, ze troche gina w tlumie. wiem, sa rozne podejscia. ja osobiscie pierdole programowanie odtwarzacza czy winampa i plyta ma byc ciekawa od poczatku do konca. a 17 trackow to jednak przesada, tym bardziej ze skitow brak.
ale mary to klasa i tutaj mamy tego potwierdzenie. niemniej nie jestem pewien, czy konieczne jest dalsze zglebianiie dyskografii tej Pani.
najlepszy moment: ONE (feat. U2)
ocena: 7/10

