Joss Stone – Mind, Body & Soul

rok wydania: 2004 (reedycja: 2005)
wydawca: S-curve
kontynuujemy watek Pani Kamyczek.
pierwsza plyta, o ktorej mowilismy wczoraj, narobila namieszania na rynku, wiec trza bylo kuc zelazo poki gorace. zaledwie rok pozniej ukazal sie drugi album Joss, „Mind, Body & Soul”. umysl, cialo i dusza. czyli wlasciwie wszystkie skladowe istoty zwanej czlowiekiem. czy przez ten tytul pani Stone chce nam powiedziec, ze ten album to cala ona, wrecz jej pelnoprawny debiut? na to wyglada. zwlaszcza ze mamy w koncu do czynienia z premierowymi piosenkami, a nie przerobkami. i co wazne, do wiekszosci z nich teksty napisala sama Joss. dobrze to czy zle? hmmm, z grafomania do czynienia nie mamy, ale widac, ze nawet bedac popularna i bogata 17latka (a moze wlasnie przez ten wlasnie fakt?) niewiele w zyciu przezyla poza wzlotami i upadkami milosnymi. moze i dobrze, ze nie dissuje George W. Busha bo wyszloby to raczej zaloznie, ale mimo wszystko szkoda, ze kazdy liryk sprowadza sie do dwoch kwestii: „o jejuska, jak ja bardzo kocham Cie Bejbe” lub „ozesz kurcze, jak bardzo mnie zraniles… Bejbe”.
tyle jesli chodzi o mind i soul. a co dla body? teoretycznie bardzo podobnie. sklad muzykow niemal identyczny, tu i owdzie retro-odwolania. a jednak juz nie ma w tym takiej duszy jak w numerach z debiutu. a przeciez ciezko podejrzewac by tacy muzycy jak Nile Rodgers (Chic, anyone?) odwalali specjalnie maniane. nie no, przeciez odegrane jest to wszystko pieknie. no wlasnie i tu tkwi pies pogrzebany. odegrane. bo skomponowane przez takich ludkow jak Desmond Child czy innych pop wyjadaczy, ktorzy takie piosenki wypluwaja na peczki dla orznych gwiazd i gwiazdeczek. przez co plyta sprawia wrazenie, jakby ktos chcial jednoczesnie z nia trafic do ludzi rozkochanych w czarnoskorej dzwiekowej klasyce i gawiedzi rozkochanej w listach przebojow. pewnie, gdyby to idealnie wymieszac to moglby wyjsc jakis calkiem niebanalny mix. niestety, bardziej odczuwalny jest rozdzwiek niz jakas unikalnosc.
nie no, ale tez nie ma co narzekac. bo to bardzo sympatyczna plytka. swietny jest singlowy „You Had Me”. widac ze rzecz skrojona na przeboj co do milimetra, ale wyszlo pysznie. tutaj naprawde synteza starego z nowym wyszla idealnie. intryguje „Less Is More” ze zwrotkami mocno nasilonymi reggae pulsacja. mala sensacja wydaje sie „Killing Time”, ktorego wspolautorka jest… Pani Gibbons z Portishead. i kurcze, gdyby nie aranzacja, to track spokojnie wkomponowal sie w repertuar trojki z Bristolu. co jeszcze? singlowe ballady – „Right To Be Wrong” czy „Spoiled” raczej nudza i w tej dziedzinie o wieeele lepiej wypada kolysanka o wiele mowiacym tytule „Sleep Like A Child” z jak-zwykle kapitalna perkusja ?uestlove’a z The Roots.
warto zwrocic na reedycyjne bonusy, zwlaszcza audio. w liczbie trzech. o ile „Calling It Christmas” zaspiewany z Eltonem Johnem wypada raczej mdlo, nawet jak na wigilijne klimaty, tak juz na przerobke „God Only Knows” trzeba zwrocic uwage. trza miec, hmmmm, jaja, by majac 17 lat porwac sie na jeden z najgenialniejszych trackow ever (ah, lata 60te) z jednego z najwazniejszych albumow swiata („Pet sounds”, Beach Boys, jakby ktos nie wiedzial). i co? oryginalu ABSOLUTNIE NIKT nie przebije, ale… dala rade dziewczyna! a to juz cos.
jeszcze bonusy video. 4 teledyski. „You had me” z historia pt „ja juz cie nie kocham bo byles niedobry, wiec odchodze”, „Right To be Wrong” z obrazkami ze studia nagraniowego, „Spoiled” z osobliwie nakrecona kraksa samochodowa i „Don’t cha wanna ride” gdzie kapela gra na plazy i jest ultra slonecznie. wiadomo, teledyski Gondry’ego czy Cunninghama to to nie sa, ale pewnie nawet takich ambicji nie bylo. no i jeszcze siedmiominutowy wywiad dla estetow. dla estetow, poniewaz Joss to dosyc niezla hmmm dziewczynka.
najlepszy moment: YOU HAD ME
ocena: 7/10