rageman.pl
Muzyka

John Patitucci – Heart Of The Bass

rok wydania: 1992

wydawca: Stretch

 

okej, czas juz „zejsc” z tego Corei. ale zostajemy w tym samym kegu personalnym. wszak Patitucci to czesty wspolpracownik Corei, zarowno w wydaniu akoustic jak i elektric tegoz hiszpanskiego pianisty. a jesli dodac, ze on sam pojawia sie na „Heart…”, to moznaby wrecz powiedziec ze jestesmy wciaz w domu.

a jednak 4 plyta solowa tego basisty jest diametralnie inna od tego, co proponowal z Chickiem C. ba, wyroznia sie zdecydowanie rowniez i w kategorii „solowe plyty muzykow basowych”.

bo jednak nie ma co ukrywac – o ile nie jest sie entuzjasta tego czterostrunowego (przewaznie) instrumentu, to takie plyty potrafia niemal zmeczyc. nie nalezy on wszakze do najbardziej melodyjnych, niektorych jego bbbbbbbbuczenie moze nawet kluc w uszy. nie mowiac juz o tym, ze niedzielny sluchacz muzyki prawdopodobnie nawet nie jest w stanie wyroznic sciezki basu w zaslyszanej muzyce. tkoz tez sie zastanawia, po kiego grzyba sa ci basisci. jednym slowem – basisci maja przejebane, podobnie jak w pilce noznej obroncy. ani nie decyduja o zwyciestwie druzyny jak snajperzy/wokalisci a na gwiazdy teamu niczym pomocnicy, gitarzysci czy inni instrumentalisci tez sie nie nadaja. trudno tez okreslic ich mianem kregoslupa druzyny niczym bramkarzy czy perkusistow. a jednak kazdy troche siedzacy w temacie wie, ze basisci i obroncy sa niezbedni. szkoda ze tylko oni w sumie to wiedza.

zmierzam do tego, ze w tym kontekscie „Heart…” stanowi ewenement. bo nawet jesli basista (nie mowie o takich personach jak Sting czy Janerka, o ktorych bardziej sie mysli w kategoriach songwriterskich niz instrumentalnych) wyjdzie na tej swojej plycie poza popisowkowy schemat, to przewaznie podaza w kierunku mialkich, popem zabarwionych piosenek. i na tym tez najczesciej sie wyklada. tymczasem Patitucci na swojej plycie proponuje klimat… orkiestralny. z dosc solidnym sztafazem – skrzypce, wiolonczele, traby, obojem.

chyba najwazniejsza jest tu pierwsza czesc tego albumu. czyli podzielony na trzy rozdzialy, blisko 26minutowy „Concerto For Jazz Bass & Orchestra”, napisany przez Jeffa Beala. tu slychac najpelniej idee przyswiecajaca temu projektowi. nie znam sie, ale jakos nie widzialbym problemu z wystawieniem tego w filharmonii jakiejs. tym bardziej ze teoretycznie najwazniejszy tu instrument – bass Patitucciego – wcale nie pcha sie na sile na pierwszy plan, jeno idealnie wtapia sie w tlo. po tym poznasz genialnego basiste – wie kiedy sie wycofac i wlaczyc do akcji w dogodnym momencie.

dalej mamy cztery, „niezrzeszone” miniaturki pokroju tracka tytulowego czy tez preludium Bacha w aranzacji samego Patitucciego, w ktorych slychac niemal wylacznie bas. choc na miano „prawdziwych” miniaturek zasluguje ostatnie 6 indeksow, pod dumna nazwa „Miniatures for solo bass, piano & string quartet”. tu ograniczono orkiestre do tytulowego kwartetu, zamiast tego mamy piano Corei. i musze przyznac, ze dawno Corea nie popelnil tak pieknych utworow. porownania do „Children’s songs” jak najbardziej na miejscu.

wybitna plyta to moze jednak nie jest, niestety swiat troche o niej zapomnial. niemniej trzeba ja wyroznic.

 

najlepszy moment: CONCERTO MOVEMENT #1 WESTWWARD EXPANSION

ocena: 8/10

Leave a Reply