Chick Corea Elektric Band – Beneath The Mask
wydawca: GRP
zanim przejdziemy do naszych codziennych wynurzen muzycznych musze wspomniec o pewnym dosc smutnym wydarzeniu. wprawdzie moje drogi z X Muza ostatnio mocno sie rozeszly, niemniej mocno przybila mnie wiadomosc o smierci Macieja Kozlowskiego. aktor to byl wielce zacny, nawet jesli wiekszosc jego rol (przynajmniej jesli chodzi o kino, nie wiem jak w przypadku seriali badz teatru) ograniczala sie do drugiego planu. i przewaznie byly to role bad guy’ow, czy to historycznych – vide charakterny Krzywonos w „Ogniem i mieczem” – czy tez zwyczajnych gangsterow badz mafiozow. a przeciez o tym ze facet mial niewyobrazalny potencjal takze do rol komediowych mogl swiadczyc chocby genialny epizod prokuratora w „Kilerze”. smuci niestety takze fakt, ze zmarl on po walce z wirusowym zapaleniem typu C, w wieku zaledwie 53 lat. nie abym byl pasjonata tematu, natomiast mam wrazenie, ze w przeciwienstwie do np aids czy raka strasznie malo wciaz sie mowi o tej chorobie. szczegolnie o mozliwosci jej leczenia, a przede wszystkim – ze taka mozliwosc w ogole istnieje. choc nie zawsze, jak sie okazuje, daje ona efekty. ale w podjeciu walki caly szkopol… no ok, teraz naprawde odbieglismy od meritum. wracamy do tematu glownego.
choc jesli chodzi o „Beneath The Mask”, wydany zaledwie rok po „Inside Out”, recenzje moznaby skonczyc na jednym zdaniu: to jest kolejna plyta Chicka Corei. a jesli uzupelnic ow zdanie o pelna nazwe projektu Corei, to wlasciwie zupelnie mielibysmy wyczerpany temat.
coz, w muzycznym swiecie moznaby wyszczegolnic pewna grupe projektow – czy to solowych, czy zespolowych – ktorym ani sie sni cos zmieniac w swej tworczosci. sztandarowym przykladem ze swiata popkultury jest ac/dc, ale sporo jednak takich zespolow, po ktorych dokladnie wiadomo czego sie spodziewac, nawet jesli cos tam de facto sie u nich zmienia. no bo czy ktos czul sie kiedykolwiek zaskoczony plyta Motorhead czy Analogsow?
oczywiscie takie zestawianie jazzu z rockiem czy ogolnie popkultura wiekszego sensu nie ma, przynajmniej we wspomnianym kontekscie. chocby z logicznego punktu widzenia – statystyczny wykonawca szeroo pojetego popu w obecnych czasach wydaje plyte conajmniej co dwa lata, jazzman potrafi rocznie naprodukowac kilka takich plyt w przeroznych konfiguracjach personalnych. zmiany w obrebie stylu badz brzmienia u popwykonawcy to rzecz przynajmniej mila, dla wielu swiadczaca o rozwoju takiego artysty. w swiecie jazzu podobne zmiany moznaby rozpatrywac w kategoriach cudu. i bynajmniej nie chodzi mi tu o jakiekolwiek dyskredytowanie gatunku. zmierzam do tego, ze ze wzgledu na ogrom muzyki jazzowej, nawet w obrebie dyskografii pojedynczego artysty, wylapanie momentow uniwersalnie wielkich, trafiajacych prosto w serce, a moze nawet zmieniajacych bieg historii Muzyki stanowi nie lada wyzwanie.
i niestety takowych raczej na „BTM” nie znajdziemy. to po prostu kolejna plyta Corei. sympatyczna, zwlaszcza dla zwolennikow takiej estetyki, ale znow nic nie wnoszaca do swiata jazzu. jakies zmiany oczywiscie na upartego moznaby zaobserwowac – kompozycje nie tylko staly sie bardziej zwarte w porownaniu z niemal suitami z „Inside out”, ale tez za ich powstanie po raz pierwszy odpowiada nie tylko Coera, ale i Patitucci oraz Weckl. da sie takze zaobserwowac, ze akustyczne wtrety z „Inside out” zostaly zastapione funkowymi smaczkami. ale cala reszta – po staremu. a skoro tak – to niech i ocena bedzie po staremu.
najlepszy moment: CHARGED PARTICLES
ocena: 7/10

