Joe Henderson – So Near, So Far (Musings For Miles)
wydawca: Verve
od blisku 10 notek zajmujemy sie postacia Johna Scofielda. czas na zmiany. jak kazdy cos-warty jazzman, tak i Sco czesto bywa zapraszany do roznych projektow. zajmiemy sie dzis jednym z takowych, a przy okazji do panteonu omawianych na tym blogu artystow dolozymy kolejnego. Joe Henderson.
podobnie jak wiekszosc geniuszy jazzu, tak i ten zmarly w 2001 roku (za 2 dni konczylby 73 lata…) saksofonista tenorowy oznaczony byl „pietnem Milesa Davisa”. swiadomie uzylem tak pejoratywnie nacechowanego sformulowania, choc pewnie same „ofiary” w ten posob na to nie patrza, a wrecz przeciwnie. ale fakt jest taki, ze kazdy, kto choc raz zagral wspolny dzwiek z tym geniuszem trabki juz do konca swej kariery jest rozpatrywany glownie jako „wspolpracownik Davisa”. tacy musieli sie podwojnie napracowac, by wyrobic sobie wlasna marke. Henderson nalezy do tej grupy szczesciarzy.
choc tak po prawdzie to nie mial trudno. bo jego wspolpraca z Davisem trwala zaledwie pare koncertow w ’67 roku. ale jak juz zostalo powiedziane: wystarczy jeden wspolny dzwiek… tak wiec i Henderson uznal sie za jednego z setek (tysiecy? milionow?) spadkobiercow Davisa. i kiedy w ramach nowo podpisanego kontraktu z legendarnym labelem Verve Henderson zobowiazany byl do nagrania kolejnego „cover albumu” (w przypadku muzyki jazzowej taki termin to w sumie ujma, posluzmy sie wiec mniej nosnym „zbiorem interpretacji”), wybor przerabianego artysty mogl byc tylko jeden. tym bardziej, ze nastapil on niedlugo po smierci samego zainteresowanego.
by interpretacje jeszcze bardziej zblizyc duchem (bo na szczescie nie forma, o czym pozniej) do oryginalow Davisa, zaprosil Henderson do projektu tych, ktorzy takze mieli szczescie jamowac z Milesem, i to znacznie dluzej niz Joe. wspomniany Scofield, a takze basista Dave Holland oraz obslugujacy perkusje Al Foster, ktory mial zaszczyt byc nazywany przez Davisa swym przyjacielem.
interpretacji, czy tez tak zwanych coverow w jazzie nie da sie oceniac ta sama miara co w przypadku muzyki rozrywkowej. podobnie zreszta jak oryginalnych kompozycji. w szeroko rozumianym popie wyjscie poza odegranie oryginalu nuta w nute, potraktowanie go jako punktu wyjscia dla dalszych poszukiwan to spore osiagniecie. w przypadku jazzu jest to oczywistosc, wrecz niezbedne minimum. zreszta, Henderson osiagnal je na tej plycie dosyc latwo. glowny bajer tych interpretacji polega na tym, iz siegnieto po starsze kompozycje Davisa (najswiezsza z nich – „Side Car” – pochodzi z ’68 roku), kiedy fusionowy klimat byl u boskiego Milesa conajwyzej w powijakach, a glownym instrumentem towarzyszacym bylo pianino. no i co najwazniejsze – gitary w nich nie bylo.
w tym kontekscie Scofield zasluguje na najwieksze indywidualne wyroznienie, mimo iz muzyka zawarta na „So Near…” to jak najbardziej druzynowe granie. znow poslugujac sie analogia sportowa – po tym poznasz genialnego zawodnika/muzyka, iz zna swoje miejsce w szeregu i rowniez na drugim planie potrafi zdzialac cuda. a Scofield tutaj, wtapiajac sie raczej w sekcje rytmiczna niz na jej tle brylujac, dziala cuda. odwaze sie nawet stwierdzic, ze nierzadko wieksze niz na wlasnych plytach.
a Henderson… coz, najprosciej bedzie ujac to w ten sposob: dzieciaki! nawet jesli nie chce Wam sie rozkminiac plyt jazzowych (spoko, ja tez dlugo mialem opory), to nazwisko Hendersona tez MUSICIE znac. tak jak Davisa, Coltrane’a, Mingusa czy Hancocka. tylko nie zadawajcie pytania czy Henderson to lepszy kompozytor czy interpretator. spory trwaja, sam tez tego nie wiem. sam album „So Near…” jak najbardziej sie broni. ale z drugiej strony – czy mozna bylo zjebac wykonanie takich utworow jak „Flamenco Sketches” czy „Milestones”?
najlepszy moment: MILESTONES
ocena: 7,5/10

