Joe Henderson – Big Band
wydawca: Verve
witam. dzis znow o Hendersonie z jego ostatniego etapu dzialalnosci artystycznej.
wiecej – „Big Band” to jego przedostatni album. choc jest to wylacznie odnotowanie faktu anizeli cos, co by specjalnie wzbogacilo te notke. bo slychac tu Hendersona w kapitalnej formie, ktoremu nie w glowie umieranie czy chocby myslenie o smierci.
ostatni etap dzialalnosci Hendersona byl jednak, jak juz wczoraj wspomnielismy, specyficznym na tej zasadzie, ze Joe skupil sie wylacznie na interpretowaniu anizeli kompowaniu. i tak po albumach poswieconych Billy’emu Strayhornowi czy Milesowi Davisowi Joe postanowil sie skupic… na sobie. to jest na wlasnych kompozycjach sprzed lat, ktore na dzis omawianym albumie przedstawil w nowej, bigbandowej formie.
na album zlozylo sie 9 kompozycji, zarejestrowanych w nowej wersi podczas dwoch sesji – w ’92 i ’96 roku. choc tak na dobra sprawe ta pierwsza moznaby okreslic mianem przymiarki do sesji wlasciwej. raz, ze nagrano podczas niej trzy kompozycje (z czego tylko jedna z repertuaru Hendersona – pozostale dwie to „Chelsea Bridge” Strayhorne’a oraz evergreen „Without a song”). dwa, ze to dopiero w drugiej sesji wzieli udzial pozostali (poza Hendersonem rzecz jasna) glowni bohaterowie tego muzycznego spektaklu – Chick Corea, swietej pamieci Freddie Hubbard czy wspomniany wczoraj ziom Davisa, Al Foster (z ow „przymiarkowej” sesji ostal sie do kolejnej tlyko basista Christian McBride).
jesli juz mowa o samej zawartosci… coz, nie bede ukrywal – nie przekonuje mnie zanadto ten album. oczywiscie nie sposob zarzucic cokolwiek samym wykonaniom na jakiejkolwiek plaszczyznie. ale dla mnie jazz to przede wszystkim klimat, a taki big bandowy nastroj z rozbuchana sekcja deta to nie jest to, co rejdzmeny lubia najbardziej. dlatego najfajniejsze momenty dla mnie to zdecydowanie te, w ktorych solowkami popisuje sie Henderson badz Corea, a deciaki zostaja sprowadzone do minimum. lub tez kompozycje w glownej mierze wyciszone – jak „Black Narcissus” badz „Chelsea Bridge”.
ale mowie – to czysto subiektywna ocena. a taka na tym blogu w glownej mierze uprawiamy.
najlepszy moment: BLACK NARCISSUS
ocena: 7/10
