Jennifer Warnes – Famous Blue Raincoat
wydawca: Attic
ciekawa sprawa z tym Cohenem. bo tak: na pewno jest jednym z wazniejszych artystow, jakie nosila matka ziemia w XX wieku, a i nosi wciaz. byc moze i do najwazniejszych moznaby go zaliczyc (ja bym tak uczynil). teksciarko – poezja, temat do analiz nie tylko dla muzykologow, ale i po prostu dla fanow muzyki. kompozytorsko tez nie gorzej sobie chlopaczyna poczyna. natomiast jesli chodzi juz o sama interpretacje to jest to sytuacja typu „kochasz badz nienawidzisz”. ja np uwielbiam te melodeklamacje Leonarda, ale nieraz przylapuje sie na mysleniu, jakby to zabrzmialo w ustach jakiegos bardziej sprawnego spiewaka. i sadzac po ilosci coverow piosenek Cohena, nie jestem w tym mysleniu oadosobniony.
znow pewnie nic Wam to nazwisko widoczne w tytule notki nie mowi. taki ja znawca, haha. nie no, wokal na pewno tej pani kojarzycie, bo ona spiewala np hit z „Dirty Dancing” o tytule „I;ve had the time of my life”. i juz wszystko wiadomo, prawda? natomiast jak juz wglebimy sie w jej biografie to dostrzezemy silne zwiazki z postacia Cohena (przede wszystkim – dostarczanie chorkow). wiec kobiecina jak najbardziej siedzi w temacie i moze pozwolic sobie na radykalne czasem przerobki. zreszta, za blogoslawienstwem samego Leo, ktory udzielil sie wokalnie w „Joan Of Arc”.
jak to wieszcz mawial, ponoc najbardziej podobaja nam sie te piosenki, ktore juz wczesniej slyszelismy. i rzeczywiscie, „Joan Of Arc” to piosenka ktora mi towarzyszy od baaaaaardzo dawna. a juz to „la la la” w refrenie to rownie solidny element mych wspomnien z dziecinstwa co zestawy Lego, wycieczki do Pewexu i gumy Turbo. uwielbiam.
trudno jednak mimo tej sympatii do tych nagran nie zauwazyc, ze plyta jako calosc brzmi do bolu lagodnie, zachowawczo wrecz. brak tu jakiegokolwiek pazura, czy to rockowego czy jazzowego. mozna docenic audiofilska jakosc (album to obowiazkowa plyta do testow sprzetu hi-fi), ale chyba nie o to chodzi w muzyce, rajt? na dodatek Warnes nie dysponuje jakos ultra-oryginalnym glosem, wiecej – moze sie kojarzyc czasem z Carole King. zakladajac, ze ktos pamieta owa pania.
no dobra, ale zaczelismy ten tekst od kwestii interpretacji piosenek Cohena i do tego tematu wrocmy. bo tutaj Warnes bilans ma korzystny. do plusow, poza wspomniana „Joasią”, dorzucilbym otwierajacy calosc „First We Take Manhattan” (na gitarze goscinnie sam Stevie Ray Vaughan), przejmujacy tytulowy „Famous Blue Raincoat” i wykonany na same glosy „A Singer Must Die”. to sa ewidentne plusy. a jesli chodzi o reszte to juz moznaby polemizowac. ale ja chyba jestem na tak.
najlepszy moment: JOAN OF ARC (feat. Leonard Cohen)
ocena: 7/10

