Leonard Cohen – Ten New Songs
rok wydania: 2001
wydawca: Columbia
zostajemy przy kanadyjskich wykonawcach. i przypominamy sobie znow o Cohenie.
to byl powrot. 10 lat po ostatnim albumie studyjnym, pierwsze wydawnictwo w nowym wieku. i o ile mi wiadomo, pierwsza plyta Cohena-buddysty. co tez ma swoj oddzwiek w muzyce. a wlasciwie w tekstach.
dzieki tej plycie, a wlasciwie jedynemu przebojowi z niej, Cohen stal sie ulubiencem polakow. a szczegolnie tych zasluchanych w Trojce i szczegolnie ceniacych sobie takie persony jak Katie Melua czy Ayo. no, nie za fajnie. ci bardziej niezorientowani ktoz zacz zaczeli leonarda traktowac jako kolejny wynalazek pokroju gordona haskella czy garou, czyli swiatowa gwiazde znana tylko i wylacznie w Polsce. cale szczescie, ze swiat sobie tez o Cohenie przypomnial, bo bysmy go sobie przywlaszczyli na dobre i tym samym skazali na artystyczny niebyt.
no dobra, ale tak gwoli sprawiedliwosci to „In My Secret Life”, bo o nim byla mowa, to naprawde cudny song. owszem, moze ciezko uznac go za klasyka pokroju „First We Take Manhattan”, „Hallelujah” czy „Suzanne”. moze nawet mu blizej do „I’m Your Man”, szczegolnie w osobliwym wykonaniu Bogusia Lindy. ale jednak ma ten refren w sobie cos mega ujmujacego, cudnie wyciszajacego. nie tylko do sluchania przy winie z ukochana/ukochanym, ale i do refleksji.
wiecej „hitow” odnotowac sie nie da, co oczywiscie nie oznacza, ze nie ma tu rownie wyrozniajacych sie kawalkow. ba, sa nawet i wazniejsze. oczywiscie najwazniejszych kryterium sa teksty. w tej dziedzinie leo wciaz utrzymuje forme conajmniej wysoka. w tym kontekscie wyroznilbym „Boogie Street” i „A thousand kisses deep”. przebija sie czasem gorycz, ale generalnie rzecz ujmujac jest nad wyraz spokojnie, w pierwszej kolejnosci melancholijnie, gdzieniegdzie optymistycznie. ciezko orzec, czy to milosc, czy wiek, czy moze nowa wiara. ale podspiewujmy i usmiechajmy sie w duchu razem z leo.
tym bardziej, ze tekstom towarzyszy sporo muzyki. sporo, jak na leonarda oczywiscie. tutaj trza rzucic nazwiskiem – sharon robinson. jest wprawdzie dziewczyna na okladce, ale chyba tylko ze wzgledow marketingowych plyta nie jest podpisana jako Cohen & Robinson. pewnie, dominuje osobowosc leo. ale to mrs robinson odegrala calusienka muzyke, jej wokal slychac w kazdym kawalku (czasem i wychodzi przed szereg, jak w „Boogie street”), na dodatek napisala razem z leo kazdy z dziesieciu kawalkow tutaj. ja bym strzelil focha na jej miejscu. no ale… muzycznie dominuje raczej easy-listening, kojacy do snu. zadnych zaskoczen, skokow dynamiki. rogramowany beat, plumkanie klawiszy, jakas charakterystyczniejsza partie gitary slychac tylko w „In My Secret Life”. moze i niewiele tego, ale przypominajac sobie totalny ascetyzm chocby „Recent songs” warto docenic obecnosc tych dzwiekow.
udany powrot, choc raczej czasy plyt kapitalnych minely bezpowrotnie. a z wydawnictw cohena na XXI wiek polecam zdecydowanie londynska koncertowke.
najlepszy moment: IN MY SECRET LIFE
ocena: 7,5/10