Mastodon – Crack The Skye
rok wydania: 2009
wydawca: Reprise
Prawdziwy wysyp „debiutujących” na tym blogu kapel w tym tygodniu! Dokładamy nową do kolekcji. Stosunkowo młodą, jednak już pretendującą do miana klasycznej. Mastodon.
Gdybym bardziej dbał o jakąś bardziej sensowną ciągłość notek na tym blogu, to recenzja „Crack The Skye” powinna pojawić się tuż po „Close To The Edge”. Bo chociaż dzielą te dzieła prawie 4 dekady i jeden Ocean Atlantycki, to podejście ich twórców do Muzyki jest dość zbliżone. Słowo-klucz: progresja. Choć w przypadku Mastodona nie jest to takie oczywiste. W końcu panowie wyrośli z pnia sludge-metalowego, a pierwsze dzieła wydali w kultowym Relapse Records – wytwórni, której większość podopiecznych raczej się, za przeproszeniem, nie pierdolą z materią muzyczną i to co można wyrazić za pomocą dźwięków w 10 minut oni wyrażają w 10 sekund. Gdzieś tam ziarno progresji zawsze w muzyce czterech panów z Atlanty tkwiło od początku i wraz z kolejnymi wydawnictwami kiełkowało. Proces nabrał rozpędu wraz z przejściem do Warnera, czego efektem „Blood Mountain”. Wydany rok temu „The Hunter” pokazał, że „Crack The Skye” nie tylko był najbardziej okazałym etapem tego procesu „progresywizacji”, ale i niejako jego zwieńczeniem.
Postawmy sprawę jasno – to nie tylko jedna z lepszych płyt ubiegłej dekady w kategorii progresywnego metalu, ale i muzyki metalowej in general. Wiem, że nie dla każdego Tool może uchodzić za wyznacznik jakości, ale dla mnie „Crack The Skye” to najlepszy mariaż progresji z metalowym soundem od czasu „Lateralusa”. Inna sprawa, że wielkiej konkurencji nie dostrzegam, będąc mocno sceptyczny w temacie progresywnego metalu. Dream Theater? Pfffff.
No dobra, nie porównujmy. Po co tej płycie to, jeszcze się obrazi. Bo choć metalowymi riffami ta płyta sypie jak z rękawa, a jej twórcy to niemal perfekcyjna wizualizacja słowa „twardziele” (polecam zwłaszcza stylówę gitarzysty, którego wąsy mają nawet własny fanpage na fejsie – serio), to emocjami w pierwszej kolejności to dzieło stoi. Emocjami wyrażanymi na rozmaite sposoby tak w instrumentalnych partiach (multum solówek chociażby), jak i przede wszystkim we wszechstronnej sferze wokalnej – bo poza zaciągającym „Ozzym” Brent Hindsem za głosy odpowiada także Troy Sanders (jego sprawką są zarówno pseudogrowle, jak i śpiewy ewokujące nurt grunge’owy), a nawet grający na perkusji Brann Dailor. Tego ostatniego głos słyszymy zresztą jako pierwszy, w singlowym „Oblivion”. Kawałku najbardziej przebojowym, z refrenem wyjętym niemal wprost z repertuaru postgrungeowców (przyjmijmy, że to wyjątkowo nie wrzuta). Za jego skrajne przeciwieństwo można uznać kompozycję tytułową, najcięższą w zestawie, której zwrotki w wokalne władanie przejmuje w całości stały gość na Mastodonowych albumach, Scott Kelly z Neurosis. Wydaje się ona być też najbardziej zwartą, ułożoną. Bo pozostałe 6 kawałków to tradycyjne, Mastodonowe milion dźwięków na minutę. Przodują w tym dwa ponad10minutowe kolosy, czteroczęściowy „The Czar” (tu chyba najbliżej są Pink Floydowego klimatu) i zamykający całość „The Last Baron”, w którym w pewnym momencie słychać nawet wstawkę noisowo-Zappową. Tych smaczków, aranżacyjnych cukierasków, nawiązań bardziej lub mniej świadomych (choć być może tylko mi introwa gitara „Ghost Of Karelia” trąci „Schism” Toola), że lepiej zamknąć temat stwierdzeniem, że nudy nie odczujesz przy tym albumie.
Przyznam, że generalnie mam dość olewczy stosunek do warstwy tekstowej ocenianych albumów. W tym przypadku jednak warto pochylić się nad tematem, także dla lepszego zrozumienia samych dźwięków. Więc tak: historia opowiedziana na albumie zawiera takie motywy jak podróże astralne, tunele czasoprzestrzenne, uwięzienie w ciele Rasputina, spotkanie z diabłem… Nie, nie żartuję. O tym, że nie mamy jednak do czynienia z przećpanym metalowcem albo Piotrem Roguckim, świadczy druga płaszczyzna interpretacyjna, zresztą sugerowana przez samych twórców. I po części związana z pierwszą, trochę na podobieństwo „Lost Highway” Lyncha. Bohater tworzy w wyobraźni alternatywny bieg wydarzeń, by uporać się, a właściwie uciec od rzeczywistej tragedii. Taka, jaką spotkała Branna Dailora, kiedy w wieku 15 lat samobójstwo popełniła jego rok młodsza siostra, Skye. I właśnie tytułowy „Crack The Skye” najbardziej bezpośrednio porusza ten temat, będąc przez to najbardziej przeszywającym kawałkiem na płycie. 6 minut idealnie zobrazowanego dźwiękiem bólu po stracie bliskiej osoby, która każdego spotyka prędzej czy później. Ja przy tym kawałku wymiękam, także teraz, kiedy go słucham. Nie chcecie mnie teraz widzieć.
3 lata jakie minęły od wydania to mało by móc z całą pewnością uznać płytę za klasyczną. Wierząc, że tak się stanie, stawiam taką a nie inną ocenę.
najlepszy moment: CRACK THE SKYE (FEAT. SCOTT KELLY)
ocena: 8,5/10