rageman.pl
Muzyka

Jamiroquai – Emergency On Planet Earth

rok wydania: 1993

wydawca: Sony Soho Square

 

No dobrze, to teraz czas na coś z porządnym bujnięciem.

Jak wspomnieliśmy rok temu w recenzji wydanego 7 lat temu „Dynamite”, z całym szacunkiem dla ostatnich wydawnictw, ale to tylko i wyłącznie lata 90te należy uznać za złoty okres działalności Jamiroquai’a. Jednak nagrany w tym okresie „Emergency On Planet Earth” też nie do końca można zaliczyć do flagowych dokonań Jay Kay’a. Przede wszystkim dlatego, że był to diametralnie inny projekt (w kontekście niepodzielnej władzy Kay’a niemal od zarania dziejów Jamiroquai, określenie „zespół” średnio mi tu pasuje). Personalnie (największym bohaterem tego dzieła jest grający tu na basie Stuart Zender, Bożżż co ten człowiek tu wyczynia), ideologicznie (wszystkie teksty i mesydż w książeczce nawołują do miłowania Matki Ziemi, dzielenia się z biednymi i tym podobnych patologii; śmieszna sprawa w kontekście typa, u którego stwierdzono posiadanie prawie stu samochodów i dziesięciu łazienek w posiadłości), a przede wszystkim muzycznie. Otóż Stevie Wonder naszych czasów w ramach debiutu nagrał jedno z najważniejszych dokonań acid jazzu.

Już umieszczony na początku „When You Gonna Learn” daje dobre pojęcie o klimacie całości. Wprawdzie zamyka się w 4 minutach, jednak o singlowatości znanej z późniejszych dokonań można zapomnieć (choć de facto to był singiel, i to taki który znacznie rozpropagował markę zespołu). Poprzedzony dźwiękiem didgeridoo, jest właściwie zapisem jamu, ze względu na objętość płyty znacznie skróconym. Zresztą podobną genezę ma jeszcze parę innych kawałków – winylowa wersja albumu tak drastyczna dla tych kawałków nie była, przez co trwa aż 10 minut dłużej. Tutaj tylko „Blow Your Mind” i „Revolution 1993” mają okazję porządnie wybrzmieć, trwając łącznie prawie 20 minut. I też one najpełniej pokazują, o co w tym wszystkim chodzi. Rozpasany aranżacyjnie groove niczym z „Bitches Brew”, choć brzmienia jak najbardziej współczesne („Revolution” napędzany jest kłującą w uszy baterią mrocznych niemalże synthów), a i wokalizy oraz melodie każą wspomnieć o soulu i disco. Zresztą – taki „Too Young To Die”, choć spełnia powyższe warunki, ma jednocześnie tak obłędny refren, że z miejsca brzmi jak popowy klasyk.

Nie ma co jednak ukrywać – przebojowość „Too Yound To Die” to incydentalna tu sprawa. I chyba żaden fan Jamiro nie zaprzeczy, że najlepszą muzykę miał zespół jeszcze przed sobą. Z drugiej strony – „Emergency” to najrówniejsza, najspójniejsza pozycja w dyskografii tej dość singlowej załogi. I za to chociażby warto wywindować ocenę w górę.

 

najlepszy moment: TOO YOUNG TO DIE

ocena: 8,5/10

Leave a Reply