James Arthur
kto: James Arthur
Dzień po koncercie Raye ponownie nastąpiła brytyjska inwazja na Polskę, tym razem pod przykrywką niepozornego chłopca z gitarą.
Dobra, może nie taki niepozorny, bo mówimy o laureacie X-Factora, jednym z najpopularniejszych artystów na Spotify, którego odtworzenia są liczone w setkach milionów. I jasne, jest to najbardziej popowa wersja formuły „smutny chłopak z gitarą” i raczej bliżej mu do One Direction niż Bena Howarda, ale kto nigdy nie miał ochoty przytulić się do bliskiej osoby słysząc „Say You Won’t Let Go” czy „Impossible” niech pierwszy rzuci kamieniem. Mam też sentyment do tego chłopaka, bo jest niemal równie stały w uczuciach do Sony Music co ja. Kiedy więc pojawiła się opcja pójścia na koncert, to podniosłem rękawicę z chęcią.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że przyjmując bardziej obiektywne i transparentne kryteria oceny, to nie był to najlepszy wykon live. Bo to, że kontakt z publiką był skromny, to jeszcze nie musi obniżać oceny – ot, czasem „ten typ tak ma”, zwłaszcza że niemal stand-upowy występ Raye w Stodole trochę rozwalił mi skalę. Ale to że wokalnie nie domagał to już idzie w pełni na jego konto. Plotka głosi że James był tego dnia chory i ok, pech chodzi po ludziach. Nie zmienia to faktu że źle się patrzyło na ten rozdźwięk pomiędzy tym co było słychać (wokale) a tym co widzieliśmy, czyli Jamesa ewidentnie nie ruszającego ustami. I chociaż widać było, że gitarzysta dość mocno udziela się przy mikrofonie, to jednak te wokale były tak zbliżone do oryginału, że aż trudno nie podejrzewać wspomagania się taśmą…
Innych jednak zarzutów nie mam. Bo to, że chłopak gra w gruncie rzeczy dość na jedno kopyto, nie było absolutnie żadnym problemem dla tych tysięcy popiskujących fanek. Trzeba wręcz docenić, że poruszając się w tej dość ograniczonej formule dokopał się tylu przebojów. A była szansa usłyszeć ich jeszcze więcej, gdyby np. całkowicie nie pominął w setliście poprzedniego albumu „It’ll All Make Sense In The End”, gdzie też kilka singlowych hitów było (np. „September”). Debiutancki album, poza obowiązkowym „Impossible”- czyli coverem od którego wszystko się zaczęło – też nie miał żadnej reprezentacji. Załapał się za to np. „Lasting Lover” nagrany z Sigalą, lub „Rewrite The Stars” z soundtracku do „The Greatest Showman” (śpiewającą w oryginalnej wersji Anne-Marie zastąpiła Neve, grająca tego dnia support – niestety nie dane mi było tego doświadczyć, a przy okazji pozdro Live Nation i ich krwiopijcze praktyki).
Czy zapłaciłbym za bilet na ten koncert? Nigdy w życiu. Ale cieszę się że miałem sposobność znaleźć się na tym koncercie. Muzyka zawsze jest super, zwłaszcza na żywo.
najlepszy moment: IMPOSSIBLE
ocena: 7/10
