rageman.pl
Muzyka

Mystic Festival 2024

gdzie: Stocznia Gdańska, Gdańsk

kto: Machine Head, Megadeth, Bring Me The Horizon i inni

 

Wreszcie!! Wreszcie doczekaliśmy się w Polsce festiwalu z prawdziwego zdarzenia z gatunku najwspanialszego – Metal.

Prób było wiele. Ale albo nawalał nieuczciwy organizator (Hunterfest) albo niesprzyjająca koniunktura (Metalfest Open Air). Oczywiście nie należy zapominać o Metalmanii i jej pochodnej w postaci Metal Hammer Festival, ale raz – jednodniowe eventy trudno nazwać pełnoprawnym festiwalem, a dwa – Metalmania, pomimo poruszania się w dość hermetycznego gatunku jakim jest metal, jeszcze bardziej zawężała audytorium do tych najbardziej TRU.

Oczywiście warto zaznaczyć, że mówiąc o Mystic Festivalu mam na myśli jej najnowszą odmianę. Bo choć w tym roku mija 25 lat od jego debiutu (!), to trudno nie było odnieść wrażenia, że brakowało w nim pewnej wizji i regularności, na którym przecież festiwale powinny się opierać – to te czynniki „wychowują” fanów danego festiwalu, którzy w ciemno kupują bilety na kolejne edycje. I tak to tułał się ten festiwal po całej Polsce, aż w końcu organizatorzy (którzy, z tego co mi wiadomo, też się w międzyczasie zmienili) postanowili go osadzić w najpiękniejszym z polskich miast – tj. w Gdańsku. Co okazało się strzałem w dziesiątkę, z przynajmniej kilku powodów. Raz – trudno wyobrazić sobie bardziej adekwatne dla muzyki metalowej okoliczności przyrody niż industrialne tereny stoczni. Dwa – sam teren ten jest idealnie urządzony pod eventy muzyczne. Bo z jednej strony mamy tu B90, jeden z najlepszych klubów w Polsce, a jednocześnie zmieszczą się tam dwie sceny na otwartym powietrzu. Summa sumarum osiągnięto perfekcyjne optimum – dostatecznie duża przestrzeń, by pomieścić wszystkich maniaków, ale też nie na tyle duża, by kazać im robić kilometrowe wycieczki między scenami. Żonglerka między scenami jest na tyle przyjemna, że aż żal „zakotwiczyć” na jednej scenie/koncercie.

Przede wszystkim jednak – chyba jeszcze nie było w Polsce metalowego festiwalu z tak „przytomnym” line-upem, pokazujące całe spektrum różnorodności tego gatunku. To już nie jest tylko podział na death, black i thrash. Tu jest wszystko – gotyk, hardcore, numetal, rock progresywny… no i ekstrema. Dość powiedzieć, że na koncert Enter Shikari, którzy w co drugi numer wplatają elementy elektronicznie wixiarskie, dotarłem ze sztuki Dark Funeral, których black metal jest bardziej czarny niż sama czerń. Oczywiście byli tacy co narzekali, że zaproszenie Bring Me The Horizon to już a duży ukłon w stronę komercji. Na szczęście co bardziej przytomni zwracali uwagę, że z BMTH jest jak z aborcją – jeśli ci się nie podoba, to zwyczajnie nie bierz udziału. A ci na jeszcze wyższym poziomie zdroworozsądkowości spojrzeli na zagadnienie szerzej – bo na BMTH przyszło sporo nowej klienteli, która być może zostanie na kolejne edycje. Czyli profit. Dlatego będę pierwszym który przyklaśnie organizatorom, jeśli za rok zaproszą choćby Babymetal. Bo jeśli dzięki temu impreza ma przynosić zysk, to jestem absolutnie na ta. Zwłaszcza że, co najważniejsze – wciąż mówimy tu o zespołach grających metal – nawet jeśli w najbardziej przystępnej odmianie. Zatem rzucam propozycje na przyszły rok: Avenged Sevenfold? Korn?

OK, czas na Konkret. Czyli pomówmy o sztukach jakie się odegrały w Gdańsku przez te 4 dni – odnotujmy przy tym, że pierwszy dzień to był tak zwany Warm Up Day, podczas którego nie funkcjonowała główna scena. Ale i tak działo się tego dnia tyle co na niejednym pomniejszym festiwalu. A zatem. Dla urozmaicenia, zamiast dzielić na dni, posegregujmy występy tematycznie. I tak:


SŁODKIE LATA 90-TE

Machine Head (Main Stage) – czyli headliner dnia pierwszego. I, nie ukrywam, główny powód dla którego pojawiłem się w Gdańsku. Wydarzenie z cyklu „lepiej późno niż wcale”. Bo wciąż nie mogę uwierzyć że był to mój pierwszy koncert MH, mimo że grali już w Polsce z dziesiątki razy. A to logistycznie się nie składało, a to ja miałem przerwę od koncertów. Najbliżej było w 2003 roku, kiedy to koncert wypadał w dniu, w którym to zaplanowano moją pierwszą, historyczną poprawkę na studiach. Gdybym wiedział, że takich poprawek będzie jeszcze więcej niż koncertów Machine Head… Żałuję tym bardziej tego koncertu, jako że promował „Through The Ashes of Empires” – ostatni album MH który naprawdę mnie jeszcze interesował. Doceniam późniejsze dokonania jak „The Blackening”, rozumiem że dla niektórych nawet to może być najciekawszy etap w historii zespołu. Ja zostanę jednak przy tych groove-, czy nawet numetalowych początkach… W każdym razie finalnie nie było tak źle – statystycznie połowa koncertu to były utwory z pierwszej dekady działalności. Nie upierali się na na promocja wydanego dwa lata temu „Of Kingdom and Crown”, a dwa poprzednie albumy – „Catharsis” i „Bloodstone & Diamonds” – pominęli całkowicie. Przy czym zagrali np. „Bulldozera” z powszechnie wyszydzanego „Superchargera”. W ogóle mam wrażenie, że Robb Flynn po latach spiny na Największego Thrashera na Świecie w końcu pogodził się z numetalowym epizodem swojego życia – bo z „The Burning Red” usłyszeliśmy nie tylko „The Blood, The Sweat, The Tears” (przy czym Tears zmieniono na bardziej metalowe Beers, ach ci metale), ale i „From This Day”. Choć trochę mniej rapu w rapie było, a więcej hmmm melodeklamacji. I mogą się wszyscy wyśmiewać że to 100% numetalowej odklejki, kombinezony i tlenione włosy. Ale fakty są takie, że to podczas tego utworu wytworzyło się jedno z największych pogo tego koncertu, z wiodącymi prym millenialsami którzy na tym między innymi utworze zaczynali przygodę z metalem. „Jedno z największych”, bo wiadomo że wyżej na podium są dwa utwory. Rozpoczynające całość „Imperium” – jeden z najlepszych metalowych utworów XXI wieku. A przede wszystkim „Davidian” – jeden z najlepszych we wcześniejszej dekadzie.

Fear Factory (Park Stage) – tych akurat już na żywo widziałem – w roku pańskim 2006, podczas wspomnianego wcześniej Hunterfestu. Był to ten etap, kiedy pogoniono riffowy mózg operacji, Dino Cazaresa. 18 lat później w zespole z oryginalnego składu pozostał… Dino Cazares. I jestem w stanie sobie wyobrazić, że w lepszym świecie ten koncerty odbywa się na głównej scenie, a „Fabryka” jest jednym z głównych headlinerów. Tyle że żyjemy w świecie sądowych walk o wpływy i większy procent z zysków. Tu reaktywacja oryginalnego składu jest jeszcze mniej możliwa niż w przypadku Pink Floyd. I żeby nie było – kompanów sobie dobrał Pan Dino wybornych, w tym grającego na basie Tony’ego Camposa ze Static-X. Trzeba też uczciwie odnotować, że najmłodszy z całej czwórki aktualnego składu Milo Silvestri na żywo wypada lepiej, niż Burton na wspomnianym Hunterfeście, który zwyczajnie nie był w stanie podołać temu co zaśpiewał w studiu. I wybaczam nawet to, że wspierał się taśmą. A to, że chłop trochę nie ma własnej osobowości? Są tacy, dla których lepszym następcą Ozzyego w Black Sabbath był Dio, a są tacy co woleliby Ozzzyego 2… Paradoksalnie, chociaż przez te 18 lat od poprzedniego koncertu, Fabryka zaliczyła naprawdę nieinteresujące albumy, to tegoroczna setlista była znacznie lepsza. Z trzech powodów, każdy mający własny tytuł. Pierwszy – „What Will Become?”, mój ulubieniec z „Digimortal”. Drugi – „Zero Signal”, mający specjalne miejsce w sercu każdego fana „Mortal Kombat” (czego, jak się okazuje, sam zespół jest świadomy – po „technowstawce” w środku utworu z taśmy poleciało słynne „fatality”!). Trzeci i najważniejszy- „Resurrection”, mój ulubiony utwór Fear Factory w ogóle.

Biohazard (Park Stage) – tu akurat panowie, mimo też licznych perturbacji, byli w stanie się pogodzić i grają w najprawdziwszym oryginalnym składzie. I widać, że ta konfiguracja personalna sprawia im totalną frajdę. Która się udzieliła publiczności – jeśli można by wskazać czarnego konia festiwalu, to Biohazard mógłby do tego tytułu pretendować. Wspaniała podróż w przeszłość, wciąż jednak broniąca się brzmieniowo. Usłyszeć „Punishment” na żywo – cel osiągnięty.

Life of Agony (Main Stage)- czyli wciąż Roadrunner. Nie będę ukrywał, że nie mam aż takiego sentymentu do LOA jak do wyżej wymienionej trójki, ale cieszę się że ich zobaczyłem. A przede wszystkim Ją – nastawiałem się że usłyszę wśród publiki jakieś cebularskie kometarze o transpłciowości, na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Dozgonny props dla Miny, nawet jeśli wokal brzmi wciąż jak Keith.

Body Count (Park Stage) – tu wartość obcowania z legendą podwójną. Bo to nie tylko Body Count jako taki, ale i Ice-T na wokalu – jeden z pionierów rapu, nie tylko w odmianie gangsta. Na minus brak „Born Dead” i boomerskie komentarze o zaniku męskości. Ale generalnie dobra sztuka.


KOCHASZ THRASH?

Kerry King (Main Stage) – powiedzmy sobie wprost – ten występ mógłby się odbyć pod egidą Slayerową i mało kto miałby większe pretensje. Po pierwsze – na perkusji stuka Paul Bostaph, który też jest solidnym kawałem historii Slayera i zagrał na najlepszych albumach po odejściu Lombardo (tak, mam też na myśli „Diabolus In Musica”). Po drugie – wokal okupuje Mark Osegueda, który podobnie jak wspomniany Milo w Fear Factory, śpiewa partie Toma Arayi lepiej niż sam Tom Araya, a przynajmniej ten którego słyszałem na pożegnalnej trasie Slayera w 2018 roku w Łodzi. Po trzecie i najważniejsze – Kerry King na szczęście nie spina się na wymyślaniu koła od nowa i jego solowe piosenki brzmią po prostu jak Slayer. Jeśli dodamy do tego, że do repertuaru wplata najsmaczniejsze kąski z repertuaru macierzystej grupy („Disciple”, „Raining Blood”), to wychodzi na to że wcale nie trzeba latać do Stanów na ogłoszone niedano reaktywacyjne koncerty.

Megadeth (Main Stage) – akurat z tzw. „Wielkiej Czwórki” ekipę Rudego lubię najmniej, co nie zmienia faktu że to wciąż granie na najwyższym poziomie, przy czym w przeciwieństwie do pozostałych dwóch headlinerów całkowicie pozbawione efektów specjalnych (chyba że za takowe uznać pojawienie się na scenie Vica Rattleheada). „Symphony of Destruction” na żywo – miazga.

Kreator (Park Stage) – niemiecki thrash, wersja efekciarska. Ale też i efektywna. Zdecydowanie na plus.

Sodom (Park Stage) – niemiecki thrash, wersja surowa. Trochę mniej mi podeszło niż Kreator, ale wciąż wypas.


MORE CORE PLEASE

Bring Me The Horizon (Main Stage) – gdyby dźwięk dało się zapisać w formie tekstu, ten koncert byłby jednym wielkim capslockiem. Nie był to diametralnie inny koncert od tego sprzed roku w Gliwicach (relacja TU). Oczywiście trochę więcej było utworów z dopiero co wydanego „POST HUMAN: NeX GEn”, do którego wciąż próbuję się przekonać, choć doceniam najdziwniejszą kolaborację zeszłego roku, czyli „AmEN!” z Lil Uzi Vertem i Darylem Palumbo z Glassjaw (który oczywiście zabrzmiał). Z setlistowych pozytywów – załapał się „Doomed” z „That’s The Spirit”. Z minusów- wypadł „Dear Diary” z „POST HUMAN: SURVIVAL HORROR”. Jeśli są jeszcze tacy co z racji metalowych okoliczności liczyli na obecność w setliście utworów sprzed „Sempiternal” to cóż, zła informacja – to już zupełnie inny zespół. Dobrze chociaż, że nie prowokowali zagraniem „Follow You”…

Enter Shikari (Main Stage) – czy core to jeszcze? Z jednej strony post hardcore to pojemna szuflada, a starszy repertuar grupy na pewno tam można wpasować. Ale też chyba żaden z zespołów tegorocznego Mystica nie był tak blisko klimatów nie tylko Open’erowych, co wręcz Audioriverowych. Widać było zresztą, że koncert zgromadził trochę inną publikę niż na tych bardziej „tradycyjnych” metalowych sztukach. By nie było – dla mnie to był wspaniały koncert, nawet jeśli rzeczywiście serce najmocniej zabiło mi przy klasyce, w tym „Sorry You’re Not a Winner” – kto nie szukał muzyki na MySpace ten nie zrozumie wzruszenia.

Until I Wake (Park Stage) – „a co jeśli zagralibyśmy Faint Linkin Parka w bardziej metalcore’owej wersji?”. Nie ukrywam, że mam słabość do metalcore’a i jego pochodnych, bo w pewnym momencie numetal właśnie w tę stronę odbił. Ale te współczesne warianty w sporej mierze są tak rozmemłane, jakby pić wygazowaną colę zero. I tak też trochę było z Until I Wake. Nie był to najgorszy koncert festiwalu, a momentami było to dość przyjemne, ale zdziwię się jeśli historia tego zespołu potrwa dłużej niż 5, 10 lat.

Thy Art Is Murder (Main Stage)- deathcore, wersja mainstream. Nie no, oczywiście że podobało mi się. Ale jeśli ktoś powie „przecież tu każdy utwór brzmi tak samo!” to nie wiem jak mógłbym to skontrować. Zrozumcie, w metalu nie chodzi o melodie. A przynajmniej nie zawsze.

Ingested (Sabbath Stage) – a teraz czas przejść na klubowe sceny festiwalu. Chociaż akurat ten koncert był pierwotnie zaplanowany na jeszcze inną scenę, tzw. Desert Stage – umieszczoną tuż obok scen klubowych, ale wciąż na otwartym powietrzu. Niestety na, nomen omen, ulicy Elektryków padł prąd już po paru dźwiękach zagranych przez Anglików. I koniec końców dobrze się stało. Takie koncerty brzmią najlepiej w klubach.

The Broken Horizon (Sabbath Stage) – przepyszna sieka z Hiszpanii. I znów – cóż że bez melodii.

Cage Fight (Shrine Stage) – przepyszna sieka z Panią na wokalu.

Crystal Lake (Desert Stage) – przepyszna sieka z Japonii. Nie wiem czy to kwestia mojego umiejscowienia, ale wokal praktycznie niesłyszalny.

ten56 (Desert Stage) – po prostu sieka. Nie było to złe, ale miałem wrażenie jakby chłopcy, gdyby ktoś większym hajsem sypnął, to szybko by się przestawili na granie a’la Crazy Town.

 

ŚMIERĆ METAL

Suffocation (Desert Stage) – to niemożliwe by ludzie tak grali. Techniczne, precyzyjne, zabójcze, wspaniałe. Plus tak niedorzecznie niedobrana scena, że aż dzięki temu koncert był jeszcze wspanialszy.

Terrorizer (Shrine Stage) – chociaż jednak w temacie death metalu to to był najlepszy koncert. To było czyste piekło na ziemi. 100% metalu w metalu.

 

CZERŃ METAL

Satyricon (Park Stage) – o rany, ale to było dobre! Przyznam że zawsze bliżej było mi do death niż black metalu, ale jesli black to właśnie w takim wydaniu. Były nowsze, przebojowe (!) rzeczy, ale i tak wszyscy czekali na wiadomo-jaki utwór. I tak, zabrzmiał.

Dark Funeral (Park Stage) – a taki black metal to już niekoniecznie. W sensie szanuję, ale to naprawdę było na jedno kopyto.

 

INNE METAL

Blood Command (Park Stage) – największe WTF festiwalu. Wyobraźcie sobie Paramore, czy nawet Taylor Swift z zespołem, którym jakieś narkotykowe ścierwo wpada w złą dziurkę i odjebuje im na tyle, że postanawiają grać black metal. Pani na wokalu jednocześnie cudowna, seksowna i obrzydliwa. Zapamiętajcie tę nazwę, mam nadzieję że zostaną z nami na dłużej

Paradise Lost (Main Stage) – nigdy nie byłem specjalnym fanem, nawet kiedyś podśmiechujki robiłem z Anglików, niemniej bardzo liczyłem na ten koncert. Cóż, jeśli trzeba byłoby wskazać najbardziej rozczarowujący koncert festiwalu, to przypuszczam że większość wybrałaby właśnie ten. Przede wszystkim – realizator dźwięku do zwolnienia. Możliwe że właśnie ta katastrofa dźwiękowa miała wpływ na to, że sam zespół też brzmiał jakby się poddał. Może w klubie by to lepiej zabrzmiało. Może…. Miły cover „Smalltown Boy” na koniec.

Leprous (Park Stage) – o ile Paradise Lost był na Mysticu rozczarowaniem, tak jednak moja nagroda za najgorszy koncert wędruje do Skandynawów z Leprous. Rany, jakie to nudne było. Najgorszy rozwodniony progresywny rock/metal.

Villagers of Ioannina City (Shrine Stage) – stoner rock typu „kochamy późnego Kyussa”. Z tą różnicą, że Kyuss nie miał wariata grającego na flecie. Wspaniałe.

1000mods (Desert Stage) – stoner rock typu „kochamy wczesnego Kyussa”. Też świetne, choć nie tak jak koledzy powyżej. Fun fact: oba zespoły pochodzą z Grecji. Co im tam do tej fety dosypują?

Zeal & Ardor (Park Stage) – lata temu zachwyciłem się nimi gdy grali support przed Behemothem. Z radością odnotowuję, że wciąż jest to wspaniała dwubiegunówka. Idealny balans między blackiem a gospelem.

Ditz (Shrine Stage) – być może najbardziej punkowy koncert festiwalu, a na pewno najbardziej lewicowy. Nie wiem czy osoba śpiewająca była trzeźwa, ale na pewno była szalona. Tak jak muzyka zespołu. Jest to komplement jakby co.

Blackgold (Main Stage) – zaraz, który mamy rok? Nie tylko najbardziej numetalowy, ale też najbardziej rapowy koncert festiwalu. Grafficiarskie logo, DJ, cover Cypress Hill. I jeszcze ta zamaskowana stylówa… Mój wewnętrzny nastolatek sikał z radości, chociaż wiedział że nie jest to najwyższych lotów.

Slope (Sabbath Stage) – a tych to już w ogóle poniosło w czasie… rapcore pełną gębą. Na europejskiej trasie supportują Body Count, ale moim zdaniem bardziej by pasowali do Dog Eat Dog, ze starym Flapjackiem na dokładkę.

Bruce Dickinson (Main Stage) – z całej dyskografii Iron Maiden lubię dosłownie półtorej piosenki. Myślałem że może solowy Dickinson będzie miał lepszą statystykę. Ale nie. Szanuję, ale nie, „not my tempo”.

The Last Decade (Sabbath Stage) – a teraz coś dla fanów gotyku. Sympatyczne, idealny soundtrack do „Kruka”, gdyby ten nie miał już idealnego soundtracku

Crowbar (Park Stage) – niemal równy rok temu widziałem Kirka i spółkę przed Panterą w Łodzi. Oczywiście wiele się nie zmieniło, i dobrze – przepyszny gruz, nie wymagający popity.

Kadavar (Park Stage) – dobra, ci jednak wygrywają w kategorii „podróż w czasie”. Ewidentnie tych młodych Niemców rodzice katowali klasyką rocka. I dobrze zrobili.

GHOSTKID (Park Stage) – bo ja wiem. Taki typ zespołu, który może zagrać zarówno na Mysticu jak i na Eurowizji. Liczyłem na industrialny metal, ale jeśli tak ma brzmieć ten gatunek anno domini 2024, to ja chyba podziękuję.

 

POLSKA METAL

Furia (Park Stage) – nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem na żywo na własne oczy. To nie był koncert, to było misterium. No nie tylko najlepszy obecnie polski zespół w black metalu czy metalu ogólne. To jest aktualnie najlepszy polski zespół. Kropka.

Schizma (Sabbath Stage) – szacunek na zawsze, mówimy o zespole który dał Polsce hardcore w zmetalizowanej wersji. Ale chyba chcę już iść na inny koncert.

Sznur (Sabbath Stage) – nie wiem o co tu chodziło (chyba o black), ale słuchało się wspaniale.

Loathfinder (Sabbath Stage) – black metal. Przepraszam ale piszę tę relację już którąś godzinę i nie wiem co jeszcze napisać.

 

UFFF, TO NA TYLE. DO ZO ZA ROK.