rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Michael Jackson (29.08.1958-25.06.2009)

na poczatku nie dowierzalem. tak jakby ktos mi powiedzial ze swiety mikolaj zmarl. bo raz ze mowimy o postaci, ktora, przynajmniej dla mego pokolenia, jakby byla *od zawsze*, niczym (tak!) JP2. dwa, ze choc muzyka tego kolesia byla mi bliska tez *od zawsze* i wciaz, to jednak relacje z nia sa dosyc hm abstrakcyjne i nie da sie porownac tego do smierci kogos z kim jadasz rodzinne obiady czy pijesz browara. no, przeciez wiadomo o co kamon, nie bede takich oczywizmow tlumaczyl.

niedowierzanie tez bralo sie stad, ze przeciez mowimy o Czlowieku ktory niedlugo mial skonczyc 51 lat. nie wiem jaki to jest „wiek na umieranie”, ale majac 51 wiosen na koncie to jednak *powinno sie* jeszcze zyc i aktywnie uczestniczyc w zyciu publicznym. no i wlasnie – przeciez 50 koncertow mialo byc, a reedycja „Thrillera” rozbudzila nadzieje na nowy album, ktory przepedzi rozczarowanie ostatnim albumem „Invincible”.

potem, kiedy ogladajac CNN wciaz zwlekajace na oficjalne potwierdzenie smierci MJ (co pozwalalo ludzic sie, ze moze to wszystko nieprawda, ze obudzi sie, ze costam, costam…), dopadla mnie zlosc. „facet, blagam, nie rob mi tego. nie w moje urodziny. przeciez to JA odtwarzalem Cie w Mini Liscie Przebojow, tanczac do Twojego „Bad”. toc to JA (no okej, plus siostra z ktora wspoldzielilem pokoj) mialem obwieszony kazdy mebel i sciane plakatami z Twoja podobizna. byles obok rodzicow moim Bohaterem Dziecinstwa. no facet, i Ty mi umrzesz tak niespodziewanie w moje urodziny?”. wiem, brzmi to mega lamersko, ale naprawde tak sobie myslalem.

i choc chyba wciaz nie dociera do konca do mnie ta smierc (a moze juz jestem totalnie wypruty z empatii i wspolczucia?), to jest jakos mega kurewsko dziwnie. przynajmniej z dwoch powodow.

primo: jak ktos slusznie zauwazyl, przy calej „naglosci” tej smierci jakos nie sposob byc nia zaskoczonym. ba, wrecz wydaje mi sie ona na swoj sposob przerazajaco sensowna. czlowiek zyjacy pod taka presja oczekiwan, ktora spokojnie moznaby porownac z tym, co odczuwaja glowy panstw czy nawet i przywodcy religijni. przesada? fakt pierwszy, potwierdzony statystycznie: mowimy o najlepiej sprzedajacym sie artyscie w historii muzyki. fakt drugi, potwierdzony empirycznie: MJ sluchal (badz wciaz slucha) KAZDY. kazdy z twojego podworka kupujacy kasety taktu, rodzice, melomani, zachodni swiat, azja radykalniejsza i mniej radykalna, afryka tez go obwolala swoim Krolem. The Beatles Stworzyli muzyke popularna, ale to Michael wprowadzil ja do KAZDEGO domu. nie ma sensu rozgraniczac, na ile to zrobil jako kompozytor, na ile jako wokalista, performer, tancerz. pewnie dzieki konglomeratowi wszystkich tych aspektow jego dzialalnosci. ale Tak Bylo.

no i po kims takim, samemu sobie tez stawiajacemu surrealistyczne wymagania, oczekuje sie kolejny przelomowych plyt, nie schodzacych przy tym w sprzedazy ponizej paru milionow. tylko ze wciaz piszac to wszystko mam watpliwosci, czy zdecydowanie bardziej nie wpedzily go do grobu cala otoczka wokol jego tworczosci, czasem nie majaca z nia nic wspolnego. tak, oczywiscie ze mowa tez o oskarzeniach o pedofilie. ale tez o „tradycyjnej” regularnej nagonce paparazii, nieprzerwanej od paru dekad. o zyciu w swietle reflektorow od 6 roku zycia. i wszystkich tego nastepstwach, ktore potocznie moznaby nazwac trwalymi zmianami na psyche. o, delikatnie rzecz ujmujac, niezbyt madrym dysponowaniem majatkiem, ktore zaowocowalo kilkaset milionowymi dlugami. o calych sztabach otaczajacych go pseudodoradcow i innych pijawek. moznaby tak wymieniac w nieskonczonosc. i, jako ta wisienka na torcie, zakontraktowane 50 koncertow pod rzad w Londynie. Celine Diony i Eltony Johny wychodza zmasakrowani fizycznie i psychicznie po takiej serii koncertow w Las Vegas. a my przeciez tu nie mowimy o kims, kto spedza koncert stojac przy statywie czy siedzac przy fortepianie! i taki 50letni facet, ktory na dodatek ostatnie takie mega-spektakle taneczno-wizualne dawal 10 lat temu, mial temu podolac, a moze nawet, jak zapewne niektorzy oczekiwali, przycmic wszystko co na koncertach wczesniej prezentowal? chyba malo kto w to nie watpil. byc moze sam MJ zaczal watpic? wiem, ze takimi teoriami zblizam sie mentalnie do fanow Elvisa, wciaz wierzacych w to, ze ich Krol gdzies dozywa spokojnej starosci, ale chcialbym, by to wszystko okazalo sie jedna wielka mistyfikacja w celu unikniecia ostatecznego blamazu. gigantyczna ucieczka od problemow przeszlych, terazniejszych i przyszlych. hm, pewnie nie jestem odosobniony w tym zyczeniu.

no i ten wspomniany wczesniej drugi powod… nie lubie okreslen typu „wraz ze smiercia X skonczyla sie pewna epoka”. pustoslowie, banal, w przewazajacej wiekszosci brak jakiegokolwiek uzasadnienia. ale kurcze, tutaj naprawde mozna mowic o czyms takim. w koncu kto uczynil z videoklipu forme sztuki, nierzadko podstawowy element windujacy artyste na wyzszy level popularnosci? czyje dziela wspinaly sie na taki poziom zapotrzebowania mas, ze byly juz nie tylko jedna z wielu opcji na umilenie czasu, a staly sie rownie podstawowym elementem wyposazenia mieszkania co same odtwarzacze? w mieszkaniu, jak juz byl odtwarzacz cd czy kaset, to musial byc i „Thriller”, a w dalszej kolejnosci inne plyty MJ. rynek filmowy chyba nie ma takiego odpowiednika, nie mowiac juz o innych dziedzinach sztuki. no i byc moze najwazniejsze – nie wiem czy jest jakikolwiek artysta w stricte popowym swiecie (jakos The Beatles nie pasuja mi tutaj, choc imho blizej im do popu niz rocka) bardziej zaslugujacego na miano geniusza. moze i nie nieomylnego, ale patrzmy na bilans wszystkich dokonan na wszelakich tych polach, jakie okupowal MJ. kurcze, nie wiem co on mial w glowie (nie wiem nawet, czy chcialbym tam zagladac), ale wierze, ze majac na celu nagranie albumu-bestsellera nie chodzilo mu o profity pieniezne z tym zwiazane, a o udowodnienie, ze jest Najlepszym. ten facet byl najlepszym argumentem obalajacym teze, ze Artysta Pop to oksymoron. Artysta, na dodatek, Totalny. czasem sie zastanawiam, co to okreslenie oznacza, ale patrze na klipy/wystepy tego faceta juz sobie przypominam.

dzis tego wszystkiego, czego symbolem byl MJ, nie ma. mtv, ktora swoja popularnosc moze zawdzieczas wlasnie MJ, emitowalo wczoraj caly dzien jego teledyski, ale juz dzis wrocilo do „normalnosci” – (sur)reality showy typu „date my mom” czy „fuck my dog”. albumy juz nie sa stalymi pozycjami nawet w winampach, nie mowiac juz o odtwarzaczach cd. a mainstreamowy pop, choc brzmiacy coraz lepiej, to coraz bardziej pozbawia zludzen, ze nabijanie portfeli nie jest w nim na pierwszym miejscu. kiedy MJ nagrywal z Eddiem Van Halenem „Beat It”, chodzilo o zacieranie granic miedzy gatunkami. wykonawca wywodzacy sie z czarnych brzmien Motown posilkuje sie energia hardrockowej gitary. dzis takie kolaboracje to juz glownie poszerzanie targetu.

to przykre. kurewsko przykre.

dlatego wyciagnijcie z piwnicy (bo chyba nie wyrzuciliscie je na smietnik?) zakupione na rynku kasety Michaela. poszerzcie, bo pewnie nie kazdy jest w tym dziale dokonan MJ rozeznany, wiedze o to co robil najpierw z Jackson 5, a potem z The Jacksons (a niech mnie – mozecie nawet wspomoc sie torrentem). przypomnijcie sobie Imprezowy Klasyk „Off The Wall”. pozniej Klasyk Absolutny „Thriller”. jeszcze pozniej Klasyk Mojego (I Moze Tez Waszego) Dziecinstwa „Bad”. nastepnie Niedoceniony Klasyk „Dangerous”. powspominajcie przy „HIStory” wizyte w ramach promocji tego wydawnictwa MJ w Polsce – tez juz klasyk, zwlaszcza sam koncert na Bemowie, w ktory mialem to nieogarnialne szczescie uczestniczyc. dajcie szanse „Invinceble” – moze z czasem to tez zostanie Klasykiem. ogladajcie na youtube jego teledyski. przypomnijcie sobie znow przed lustrem jego ruchy, tak jak to robilscie za dzieciaka (dzis probowalem znow ten chwyt co na fotce powyzej i znow prawie sobie zeby wybilem). celebrujcie i nie zapominajcie.

zajebiste dzieki, Michaelu Jacksonie.

Leave a Reply