Herbie Hancock – The New Standard
rok wydania: 1996
wydawca: Verve
przy okazji omawiania plyt Quincy Jones’a bylo sporo o Herbiem. wiec czas omowic i jego tworczosc. chociaz jej ulamek.
gosh, wciaz czuje sie glupio piszac o jazzie. chociaz staram sie coraz mocniej w niego wchodzic, to wciaz postrzegam sie jako totalnego laika w tym temacie. wiec nie bierzcie na powaznie jakis autorytawnych wkretow w moich wypowiedziach, zwlaszcza jesli mowa o takich plytach jak dzisiejsza. bo moze Hancock nie jest takim bossem jak Davis, Mingus czy Parker, ale to wciaz typ, do ktorego tworczosci trza podchodzic na kleczkach.
no, przynajmniej jej wiekszej czesci. bo jakos nikt nie uznaje wydanej 13 lat temu „The New Standard” za klasyk. byc moze za wczesnie na takie okreslenia. a byc moze…
okej, wiec fakty. w latach 90tych Hancock zaczal wychodzic na prosta po tym, jak dekade wczesniej zbieral regularne ciegi od krytykow za swe lekko odbiegajace od zrodel jazzu wydawnictwa. dzieki takim plytom jak „TNS” stopniowo zyskywal uznanie recenzentow (no bo przeciez nie publiki, w koncu kto dzis kuma dzez?). co dziwic nie powinno – to co slychac na tych krazkach to 100 procent jazzu w jazzie. idealny srodek – nie ma przegietych odlotow, ale tez zadnego obrzydliwego smooth jazu.
zreszta, o czym my tu mowimy? spojrzmy- na gitarach John Scofield. kontrabas – Dave Holland. saxofony – Michael Brecker. informujemy: TO SA NAZWISKA. co wiecej, te nazwiska z soba wspolgraja. czasem, w spokojniejszych momentach („Manhattan”, „All Apologies”) w aranzacjach dominuje Hancock, ale przewaznie dominuje zespolowe granie. pyszniutkie. gdybym uczestniczyl w takim koncercie to bym doswiadczyl conajmniej kilkukrotnego eargasmu.
no ale… jest tez i druga strona medalu. otoz tak sie sklada, ze Hancock tutaj wzial na warsztat cudze numery. „nowe standardy”, czyli to co najwazniejszego sie dzialo w ostatnich 2 dekadach w pop dziedzinie. i trza przyznac, ze dobor calkiem intrygujacy. Stevie Wonder, Simon & Garfunkel, Nirvana, Prince, Peter Gabriel, Don Henley, Babyface… no fajnie, tyle ze niefajnie jednak. dla mnie cover idealny to taki, gdzie mamy z jednej strony w sferze aranzacji cos wiecej niz zwykla podmianke, dajmy na to, pianina na gitare, plus moze jakies modyfikacje melodyczne, a z drugiej strony – trzymanie sie sensu oryginalu. i tego drugiego elementu mi troche na plycie Hancocka brakuje. nie wiem, mozem zbyt przyzwyczajony do oryginalnych wersji, ale ciut szkoda, ze w Hancockowej wersji ulotnil sie caly urok cudnego „New York Minute” Henley’a. w tym kontekscie mozna uznac wyczyny zespolu za porazke, do niczego nie prowadzace popisy. a ze mozna bylo jednak osiagnac ten „coverowy zloty srodek” pokazuje Nirvanowe „All Apologies”.
ale niech minusy nie przyslonia Wam plusow. to solidne gowno od dobrego zioma. dobry jazz od tylu lat.
najlepszy moment: ALL APOLOGIES
ocena: 7,5/10