In Memoriam: George Duke (12.01.1946-5.08.2013)
Tyle się mówi o tej wszechstronności w kontekście Muzyki, ale czym ona tak naprawdę jest? Kim jest wszechstronny muzyk? Czy chodzi o biegłość i liczbę obsługiwanych instrumentów? Różnorodność gatunków, w jakim się obraca? Zakres obowiązków w ramach działalności muzyczno-showbusinessowej? A może dywersyfikacja współpracowników?
George Duke spełniał każdy z tych kryteriów. Swój największy talent wykazywał przy instrumentach klawiszowych, ale dysponował też kawałem Głosu, nieobca była mu także gra na puzonie oraz kontrabasie. Nazywany jest legendą funku i jazzu (i to większości odmian obu tych gatunków) , ale robił też w muzyce rockowej, bluesie i popie. Grał, komponował, produkował. Pozostaje też jednym z niewielu muzyków na świecie (jedynym?), który równie dobrze odnajdywał się na scenie i w studiu u boku Milesa Davisa, Franka Zappy, George’a Clintona i Michaela Jacksona. Mistrz, znaczy się.
Pisaliśmy tu o licznych płytach, na których Duke użyczył swego talentu, poświęciliśmy też miejsce płytom solowym, w tym klasycznej „I Love The Blues, She Heard Me Cry”, będącej niedocenioną perłą jazz fusion. Udanych płyt solowych miał jeszcze kilka, przy czym ani na chwilę nie zdecydował się na ostateczne zamknięcie tej listy – nie tak dawno ukazała się przecież „Dreamweaver”.
Ale jest też jeszcze jeden powód, dla którego warto uwielbiać George’a Duke’a, choć mało ma wspólnego z muzyką. Widzicie, lata melanży i trzy dekady w branży obdarły mnie ze złudzeń, że Muzyką zajmują się tylko dobrzy ludzie. Nie miałem nigdy okazji napić się z Panem Duke, nie powinienem więc wypowiadać się o jego podejściu do świata. Ale czy człowiek, któremu tak dobrze z oczu patrzy i tworzy tak absolutnie cudowne, przepełnione ciepłem piosenki jak „Someday” mógłby mieć zło w sercu? Nie wierzę. Wierzę za to Marcusowi Millerowi, który w fejsbukowej notce określił Duke’a mianem „wyjątkowej istoty ludzkiej”, który sprawiał, że wszystko dookoła niego było lepsze i piękniejsze. Wierzę że tak jest, bo tacy muzycy jak Marcus Miller czy Duke właśnie osiągnęli taki etap kariery, na którym gra się i komunikuje z fanami wyłącznie dla własnej przyjemności, bez PR-owych naleciałości, bez gwiazdorskiej otoczki. Takich muzyków najbardziej warto śledzić, lajkować, a przede wszystkim – słuchać.