ABBA – ABBA
rok wydania: 1975 (reedycja: 2001)
wydawca: Polar
Oj, dzieje się ostatnio…
Jeśli pamiętacie poprzednie notki, obiecałem kontynuować wątek Abby. Zatem dziś o ich trzeciej płycie. Jak na mój gust – najlepszej.
Abbę kochamy przede wszystkim za Melodie. I patrząc przez ten pryzmat, Szwedzi na tym albumie osiągnęli szczyt możliwości. Zresztą, czy opener w postaci „Mamma Mia” może zapowiadać płytę nie będącą czystą pop-perfekcją? Klasyczna partia marimby, świetnie poprowadzone wokale w żeńskim, najbardziej charakterystycznym formacie (męska cześć kwartetu z każdą kolejną płytą coraz mniej się udzielała na płycie) i cudnie, bezkolizyjnie płynące z pop-przebojowością gitary. Pozostając na chwilę przy tym ostatnim aspekcie – na „Waterloo” mogło jeszcze kłuć w uszy to glam rockowe, ciut płaskie brzmienie (vide dołączony do tamtej płyty nowy, zupełnie bezsensowny mix debiutanckiego singla „Ring Ring”. Na „Abbie” już jednak wszystko się zgadza, co nie znaczy, że rockowy pierwiastek wyparował. Wręcz przeciwnie – „Hey, Hey Helen” zaczyna się riffem, jaki jest w stanie przyprawić o szybsze bicie serca miłośnika muzyki z przesterem. „Man In The Middle” (śpiewany przez Bjorna) ma nie tylko rockowy groove, ale też nietypową jak na Abbę, bo nie mającą nic wspólnego z miłością tematykę tekstu traktującego o facetach z umysłami przeżartymi przez Pieniądz. No i jeszcze jest numer o wiele mówiącym tytule „Rock Me”, mający coś z Eltona Johna z czasów, kiedy miał jaja i nie nagrywał dla Disneya.
Poświęcanie niemal całego akapitu na związki „Abby” z rockiem byłoby kosmiczną niesprawiedliwością dla reszty materiału, wręcz skrzącego się bogactwem inspiracji i brzmień. Nierzadko dość skrajnych – bo z jednej strony mamy reggae’owy „Tropical Loveland”, a z drugiej – instrumentalny „Intermezzo No 1”, o niemal orkiestralnym rozmachu. A gdzieś pośrodku jawi się najprawdziwsza perła, poruszający „S.O.S”. Na papierze całkiem typowy numer o końcu związków. Tyle że w praktyce ten prawie łamiący się głos Agnethy w zwrotkach i przesycony smutkiem podkład instrumentalny – także w refrenie, z bardzo mylącą dla jego odbioru energią rytmu – kruszy serce bardziej niż niejedna rockowa ballada (ok, sarkazm included). Spore grono zwolenników ma także „I Do, I Do, I Do, I Do, I Do”, ale akurat dla mnie jest to najmniej przekonujący fragment płyty, reprezentujący ciemną stronę Abby – biesiadną, rodem z najbardziej kiczowatego wesela. A przecież uwielbiam wesela, dopiero co wróciłem z jednego takiego, podczas którego jednego z gości po półgodzinnym poszukiwaniu znaleźliśmy nago w schowku na miotły. Taka sytuacja.
Maszynka do generowania popowych przebojów o ludzkiej, jak najprawdziwszej twarzy. Dziś rzecz, wydaje się, już nie do pomyślenia.
Warto jeszcze zwrócić na całkiem ciekawe bonusy. „Crazy World”, nie tylko przez tytuł, kojarzy mi się z Cat Stevensem. Natomiast medley „Pick A Bale Of Cotton/On Top Of Old Smokey/Midnight Special” to unikalny w kontekście zdominowanej przez songwriterski monopol tandemu Ulvaeus-Andersson cover o świetnej, pierwotnie rock and rollowej energii.
najlepszy moment: S.O.S.
ocena: 9/10