In Memoriam: Charlie Watts (02.06.1941-24.08.2021) / Joey Jordison (26.04.1975-26.07.2021)
Właściwie to ta notka miała być w inne formie, w innym czasie i o innej treści. Miałem tu rozpisać się miesiąc temu o tym, jak muzyka Slipknota, w tym bębnienie Joeya Jordisona, wpłynęło na moją percepcję muzyki na etapie licealnym, wpływ który do dzisiaj rezonuje. Ale w międzyczasie pojawiły się wakajki, #dorosłeżycie aż w końcu pojawiła się chwila wolnego czasu. I nagle – kolejna „perkusyjna” śmierć. Z jednej strony zrozumiała, bo mówimy o 80-letnim człowieku, a z drugiej zaskakująca – bo nie mówimy o zwykłym 80-latku, a o jednym z „Roling Stonsów”, a ci mieli być przecież nieśmiertelni, bo tych wszystkich wciągniętych krechach i upadkach z palm.
Nie wiem, czy jest większy sens porównywać style Wattsa i Jordisona. Inne epoki, inne gatunki, inne inspiracje. Jeśli coś ma ich łączyć, to tylko jedna rzecz, ale za to ta najważniejsza – byli najlepsi w swoim fachu. Odważyłbym się stwierdzić, że na swój sposób byli negatywami – Charlie Watts grał maksymalnie efektywnie, „w punkt”, a jednak można sypnąć tu wieloma tytułami udowadniającymi, że często w parze szła pomysłowa efektowność. Z Jordisonem odwrotnie – wielu uznawało jego grę za efekciarską, z wirującym zestawem perkusyjnym na koncertach będących symbolem tego efekciarstwa. Ale przecież taka też była muzyka Slipknot – efekciarska, ale przy tym żrąca jak diabli, od metali do randomów. I taka też była perkusja w tym zespole, dopóki grał tam JJ.
Mógłbym tak jeszcze się produkować, i taki miałem też zamiar tydzień temu, tuż po śmierci Wattsa. W międzyczasie zesrał się serwer na którym trzymam tego bloga. Jakieś wirusy, cały szablon padł, te historie. Zatem jest dzisiaj. Odpalcie jutuba, posłuchajcie ich muzyki, a ja lecę mecz oglądać. Elo.